Blog > Komentarze do wpisu

Andrzej Stasiuk - Taksim



„Taksim” to czwarta książka Andrzeja Stasiuka, którą udało mi się przeczytać – książka, dzięki której jeszcze bardziej polubiłam jego pisarstwo. Po raz kolejny ja i moja grupa czytaliśmy Stasiuka w ramach zajęć z dr Dębską – Kossakowską. Muszę przyznać, że po raz kolejny uprzedziłam się do książki czytanej w ramach zajęć już na samym początku – nawet nie przeczytałam ani jednej strony, a już stwierdziłam, że nie mam ochoty jej czytać. Zupełnie niepotrzebnie, bo książka „Taksim” wciągnęła mnie od pierwszych stron. Powodem mojej niechęci był ciągły brak czasu i kolejne lektury do pracy magisterskiej... Ale czas przejść do rzeczy.
 

Z pewnością warto byłoby napisać w kilku słowach o czym jest „Taksim” – kilka słów z pewnością wystarczy, by rozbudzić w czytelniku ciekawość, bądź zniechęcić go do lektury. Ale gdy przychodzi co do czego, to te kilka słów okazuje się niewystarczające bowiem, czy to, że napiszę, że głównymi bohaterami książki jest Paweł i Władek, którzy handlują tanią, chińską odzieżą, a od czasu do czasu też czymś innym, zachęci wystarczająco jakiegokolwiek czytelnika do sięgnięcia po tę książkę? Czy po tym jak napiszę, że ta książka traktuje o próbie przetrwania sprawi, że będziecie jeszcze bardziej zainteresowani ową lekturą? Myślę, że nie, bowiem pisanie o fabule tej książki, która jak dla mnie stanowi jedynie dodatek do przemyśleń i refleksji w niej zawartych jest rzeczą trudną – trudno jest napisać cokolwiek więcej, bez zdradzania istotnych dla tej opowieści szczegółów. Ale spróbuje Was zainteresować w inny sposób, zwracając uwagę na przemyślenia, którymi wręcz przepełniona jest ta książka.
 

Książka Andrzeja Stasiuka jest napisana mocnym, typowo męskim językiem – nie brakuje w niej wulgaryzmów, ale też znajdziemy w niej charakterystyczną dla Stasiuka refleksję i zadumę, która dotyczy zapomnianego prowincjonalnego, wschodnioeuropejskiego świata. Świat ten w książce Stasiuka opisany jest tak doskonale, że nie opuszcza nas wrażenie uczestnictwa i obserwacji tego, co tak plastycznie zostało ukazane. Czytając tę książkę mamy wrażenie ciągłej konfrontacji ruchu i martwoty – wraz z bohaterami przemieszczamy się z jednego targu na drugi, towarzyszymy im w ciągłej podróży, by za chwilę znaleźć się w zupełnie innym miejscu - w kolejnym zapomnianym, umierającym powolną śmiercią mieście. Wydarzenia jakich jesteśmy świadkami stanowią punkt wyjścia do rozważań m.in. na temat konsumpcjonizmu: „Byłem dzisiaj w mieście. Zrobiłem karmnik dla ptaków i poszedłem po ziarno słonecznika. Można je zostać w sklepie zoologicznym. Dziwne miejsce. Robisz trzy kroki i zamiast burej, zimnej ulicy masz podróbkę tropiku z jego upałem i smrodem. W klatkach jazgoczą papugi. W zielonkawych akwariach tam i z powrotem pływają egzotyczne ryby. Panuje półmrok. Kupujący nie są egzotyczni. Mówią cicho. Jakby onieśmielała ich ta podzwrotnikowa atmosfera” [1].
 

Bohater książki dzieli się z nami swoimi przemyśleniami na temat przemian zachodzących w mieście: „Zdałem sobie sprawę, że ten sklep istnieje w tym samym miejscu, odkąd pamiętam. Któregoś dnia przyjechałem tutaj, a on już był. Cała reszta się zmieniała. Wciąż coś powstawało, by zaraz upaść. Sklepy, knajpy i zakłady fotograficzne pojawiały się i przepadały bez wieści. Jedne zmieniały się w drugie, ale nad wszystkim unosiła się wizja klęski” [2].
 

Wielką wolą walki zdaję się mieć mieszkańcy miast, do których przybywa bohater Stasiukowej opowieści. Wstają każdego dnia i jak gdyby nigdy nic otwierają sklepy i zakłady, chociaż wiedzą, że znowu nie będą mieli żadnego klienta, że będzie to dzień stracony. A mimo tego nie poddają się, wciąż wierzą, że to co robią ma jakiś sens i że tak trzeba – z pewnością ta wiara napędza ich, daje im siłę do tego owocnego (w ich mniemaniu) działania. „Czasami myślałem o ludziach, którzy to wszystko zaczynają. Wstają rano, mają odwagę i siłę, a potem patrzą, jak to, czego dokonali, rozpada się. I znowu zaczynają wszystko od początku. Jakby byli głupi albo bohaterscy. W każdym razie niezniszczalni. Podziwiałem ich. Otwierali knajpy i patrzyli na puste stoliki. Otwierali sklepy, przychodzili do nich o świcie i przeglądali się w pustce” [3].
 

Niezwykły w tej książce jest opis lunaparku, który na chwile pobudza do życia to umierające miasto. Ludzie biorą udział w całym tym przedstawieniu – zdają się być zaczarowani, lgną do światła, idą za nim, a przecież to zwykły lunapark – owszem, ale dla mieszkańców prowincji nawet lunapark zdaje się być czymś magicznym.
 

Paweł, który dzieli się z nami przemyśleniami ma świadomość, że miasto w którym żyje, umiera i zanika – ma tego pełną świadomość, a jednak nie potrafi go opuścić. Jest to chyba pewnego rodzaju przywiązanie, coś zupełnie naturalnego w stosunku do miejsca, w którym czujemy jest dobrze. „Powinienem stąd wyjechać tak jak wszyscy. Powinienem któregoś dnia zapakować furgonetkę i ruszyć tam, skąd przyszedłem. Albo w druga stronę, albo w trzecią. Powinienem oddać klucz właścicielce, zapłacić, podziękować i wyruszyć. Myślałem o tym od samego początku, odkąd tu przyjechałem. Ale nie miałem siły. To miasto było jak los. Byłem już za stary i chciałem przeczekać jeszcze jedną zimę. A potem pewnie następną. Musiałem tu zostać, bo w innym miejscu nie potrafiłbym zasnąć ani się obudzić. W innym miejscu nie byłoby mostu nad rzeką i dudnienia samochodów na moście. Nie byłoby łuny nad stacją benzynową. To są ważne rzeczy i z czasem okazuje się, że nie można bez nich żyć. Nie można ich zamienić na nic innego. Czasami wyobrażam sobie, że sprzedaję ducato, żeby mieć na bilet, i jadę, lecę do Londynu. Albo do Berlina, gdzie kiedyś, bardzo dawno temu, spędziłem trochę czasu. Myślę o wyjeździe i zaczynam się bezgłośnie śmiać” [4].


Stasiuk poprzez swojego bohatera ukazuje nam miasto - widmo, miasto, które trwało nie zmienione od lat, miasto, w którym była tylko stacja benzynowa, most i szosa – i nic poza tym, a mimo to, jeszcze komuś było ono potrzebne, nadawało życiu mieszkańców sens, pozwalało przetrwać, ponieważ ludzie w tym mieście byli samowystarczalni – radzili sobie jak mogli, a do szczęścia niewiele im brakowało: „Każdy dom, każde obejście jak mała arka Noego w dryfie. Samowystarczalna z tymi wszystkimi kurami, wieprzkami, zagonami kartofli i żytka, wzgórze ze wzgórzem, grzbiet za grzbietem wystawiona na wiatry, deszcze i śniegi, przylepiona do ziemi jak okruch, jak jaskółcze gniazdo” [5].


W tym mieście wszystko ma swój sens, a wybór tych ludzi był wyborem świadomym – mimo upływu lat, to miasto pozostało niezmienione. Stało się czymś na wzór schronu dla tych wszystkich ludzi, swoistego rodzaju opoką, o czym możemy przeczytać w innym fragmencie książki: „Na początku wydawało mi się, że to miasto tkwi w bezruchu, całkowicie oporne na zmiany. Jak dwadzieścia, jak trzydzieści lat temu. Nieporuszone, senne, bezpieczne. Gdzieś tam w świecie zrzucają ludzi z dachów, migają niebieskie światła glin i karetek, a tutaj dwa kroki od Rynku kury grzebią w ziemi i czuć woń króliczych klatek. Ni miasto, ni wieś. Chciałem, żeby tak zostało na wieki. Myślę, że większość mieszkańców tego chciała. Żeby dano im spokój” [6].

W książce Stasiuka poruszany jest również temat roli rzeczy w naszym życiu. Każdego dnia ludzie na świecie kupują mnóstwo potrzebnych i zupełnie niepotrzebnych rzeczy – tanich i drogich, oryginalnych i podróbek – myślę, że większość kupujących nie zaprząta sobie głowy tym, z czego dana rzecz jest zrobiona, bądź po jakim czasie stanie się bezużyteczna bądź zapomniana i niepotrzebna. Kiedyś było inaczej – kiedyś kupowało się płaszcz, zegarek, samochód, pralkę – rzeczy, które służyły nam przez lata. Czasy się zmieniły – działanie wszystkiego jest skrupulatnie obliczone. Kończy się gwarancja – nagle okazuje się, że aparat, pralka, czy cokolwiek innego psuje się. Gdy mamy szansę coś zareklamować okazuje się, że naprawa już tego nie obejmuje. Brzmi znajomo? No właśnie. A przecież kiedyś było zupełnie inaczej: „Jeszcze niedawno (ludzie) kupowali rzeczy na całe życie. Składali, oszczędzali na garnitur u krawca, na buty u szewca i była inwestycja, i był sens, było wyrzeczenie i była nagroda. Z tego się, kurwa, składało życie ludu. Jak dostałem pierwsze zegarek, to miałem go przez dziesięć lat. Codziennie nakręcałem i kładłem przy łóżku. A to i tak było nic, bo mój ojciec swój zegarek nakręcał i kładł przy łóżku przynajmniej przez lat trzydzieści. Dziesięć lat pastował te same czarne skórzane buty i tyle samo czyścił szczotką wełniany granatowy garnitur w prążki. A teraz rano przychodzi im do głowy, że chcą nowe buty, i se po prostu idą, przewalają trzydzieści par badziewia, handlarnia ciągnie ich za rękawy, że tutaj taniej, tam to już w ogóle, i na koniec szczęśliwi, z owocem reakcji chemicznej w reklamówce, udają się do chaty, a potem się dziwią, że po godzinie chodzenia platfusy im śmierdzą jak padlina” [7]
 

„Taksim” to niezwykła powieść. Dzięki tej nieśpiesznej opowieści i gawędzie, Stasiuk po raz kolejny pokazał, że jest mistrzem słowa. Mistrzem, który o rzeczach zwykłych potrafi napisać tak, że przyciąga czytelnika, który zostaje z nim już do końca lektury. Coraz rzadziej w polskiej prozie mamy do czynienie z takim rodzajem lektury. Tym bardziej cieszy mnie fakt, że można jeszcze trafić na tak ciekawie opowiedzianą historię – historię o tym, jak zmiany dotykają nawet najbardziej zapyziałą dziurę na końcu świata; historię o tym, że na świecie jest jeszcze gdzieś miejsce, w którym ludzie żyją i walczą o swoje przetrwanie; historię o tym, że można jeszcze na tym świecie znaleźć miejsce, gdzie poczujemy się dobrze.

 

[1] str. 53

[2] str. 54

[3] str. 54

[4] str. 97 - 98

[5] str. 266

[6] str. 264

[7] str. 188 - 189


Wydawnictwo Czarne, 2009

środa, 17 marca 2010, kalarepa86

Polecane wpisy

Komentarze
munskaj
2010/03/17 15:12:59
hm, to może być świetna ksiażka

pozdrawiam serdecznie :)
---
[ www.deton.blox.pl ]
-
2010/03/17 16:27:31
mnie nie urzekła ,rozstałam się z nią przed setną stroną , nie dałam rady , za bardzo wiało nudą :)
-
2014/11/17 13:04:31
Książka jest świetna, może najlepsza w dorobku Stasiuka. ja czytałam ja będąc... we Florencji i ten kontrast wyrafinowanej, a nawet momentami przerafinowanej stolicy Toskanii z mocną, mięsistą, bywa ze na granicy dobrego smaku prozą Stasiuka, był doznaniem niezwykłym. Cieszę się, że Molowi Książkowemu tez się podobało, choć może czasem warto przeczytać książkę, o której się pisze? Bohaterowie nie handlują chińszczyzna, tylko starzyzna, a różnica to fundamentalna - handlując starzyzną symbolicznie przeciwstawiają się temu, czym w istocie jest chińszczyzna. W pewnym momencie Paweł mówi do Władka, ze może powinni, tak jak to robią inni, podjechać pod hurtownię z chińszczyzna, kupić, sprzedać i zarobić, ale Władek, paląc papierosa, mówi: "Ni chuja, kolego, ni chuja". Czyli never ever chińszczyzna.

pozdrawiam
Liczniki na stonę