Blog > Komentarze do wpisu

Leah Wilson - Dr House. Całkowice bez autoryzacji

                         


Odkąd House M.D. w 2004 roku zagościł w stacji telewizyjnej Fox wciąż zyskuje nowych fanów i zagorzałych przeciwników – wszystko za sprawą głównego bohatera na którym koncentruje się fabuła serialu, a mianowicie doktora Gregory'ego House'a, który jest głową zespołu diagnostycznego w szpitalu Princeton – Plainsboro. House to postać dosyć charakterystyczna – lekarz, który w niczym nie przypomina (a nawet znacząco odbiega) od obrazu lekarza zakodowanego w naszych umysłach. Tym, którzy serial oglądają opis jest zupełnie niepotrzebny, ale dla tych, którzy nie wiedzą o kim mowa (czy w ogóle ktoś taki jeszcze istnieje?) wskażę na najbardziej charakterystyczne cechy: laska, dosyć specyficzne poczucie humoru, niechęć do pacjentów i uzależnienie od środków przeciwbólowych (a dokładniej jednego – vicodinu) oraz nagminne łamanie regulaminu i nie przestrzeganie zasad panujących w szpitalu.

 

Książka „Dr House całkowice bez autoryzacji” stanowi zbiór ciekawie napisanych esejów, które idealnie dopełniają serial. Autorzy tekstów analizują różne aspekty serialu takie jak powstanie serialu i jego pierwowzór w postaci Sherlock’a Holmes’a; model dysfunkcyjnej rodziny, z którą widz ma do czynienia w wielu odcinkach serialu;  filozofię głoszoną przez House’a, to jak myśli, jak działa, czym się kieruje podejmując takie, a nie inne decyzje – jednym słowem cały House, którego mimo wszystko kochają (a nawet ubóstwiają) miliony osób na całym świecie.

 

Moim skromnym zdaniem na największą uwagę zasługują teksty skupione w trzeciej części książki (Mózg House’a), gdzie w jednym z tekstów Linda Heath. Lindsay Nicholas, Jonya A. Leverett (Jak myśli House) konfrontują sposób myślenia postaci, która już na dobre dołączyła do panteonu telewizyjnych lekarzy, z myśleniem lekarzy, z jakimi mamy do czynienia w realnym świecie. „Intuicyjna, holistyczna i niewiarygodnie szybka strategia diagnostyczna wykorzystywana przez House’a świetnie pasuje do telewizyjnego świata, w którym pacjenci muszą być zdiagnozowani i wyleczeni w ciągu czterdziestu dwóch minut, wyłączając przerwy na reklamę. Jednakże w realnym świecie błyskawiczne decyzje niekoniecznie muszą być dobrymi decyzjami”[1]. Teoretycznie nie muszą, ale praktyka często pokazuje nam, że lekarze pracujący przy nagłych przypadkach też mają niewiele czasu na podjęcie jedynej słusznej decyzji i tak naprawdę w walce o życie drugiego człowieka liczy się każda minuta. Zdaniem  innej autorki - Nancy Franklin  (Pomysły House’a. Dlaczego są lepsze niż pomysły wszystkich innych?) na przykładzie House’a będzie się kształciło następne pokolenie lekarzy telewizyjnych, ponieważ pokazuje on, że „nie tylko myślenie, ale także ignorowanie, spanie, obrażanie, niszczenie, zarażanie, myszkowanie i łykanie tabletek może prowadzić do rozwiązywania trudnych przypadków. Oczywiście odpowiednie przygotowanie medyczne i umiejętność naukowego myślenia także bywają przydatne” [2]. Susan Engel i Sam Levin próbuje odpowiedzieć na pytanie, czy House potrafi podzielić się swoją wiedzą – odpowiedzi jakich udzielają, są raczej potwierdzeniem tego, co wielbiciel serialu widzi na własne oczy obserwując poczynania lekarza i jego zespołu diagnostycznego. Obraz jaki generują teksty zawarte w tej książce, pozwalają nam spojrzeć na House’a z innej strony – czytając te bardzo ciekawie napisane eseje widzimy kogoś więcej, niż tylko aroganckiego zrzędliwego i protekcjonalnego lekarza, który manipuluje pacjentami i współpracownikami. To wszystko odchodzi w cień w konfrontacji z jego wiedzą medyczną i niesamowitą inteligencją. „Jego encyklopedyczna pamięć, ostre jak brzytwa umiejętności analityczne, ogromny zasób słownictwa i swoboda w posługiwaniu się nim, tempo przetwarzania informacji każą przypuszczać, że jego iloraz inteligencji wynosi co najmniej 150. Można jednak być niezwykle inteligentnym, nie posiadając znacznej wiedzy z określonej dziedziny. Postać House’a zbudowana jest na obu tych filarach – imponującym intelekcie oraz rozległej wiedzy medycznej”.

 

Wielkim plusem tej książki jest fakt, że autorzy nie silą się na niewiadomo jakie naukowe dywagacje – są to raczej krótkie i treściwe artykuły, które momentami zaskakują – aspekty na które zwracają uwagę autorzy i sposób, w jaki dokonują swoich analiz, sprawiają, że momentami czytelnik czuje się zaskoczony i gani się za to, że on sam nie wpadł wcześniej na to, co jak się okazuje, było dziecinnie proste.

 

„Dr House. Całkowicie bez autoryzacji” to moim zdaniem książka skierowana typowo do fanów serialu – można w niej odnaleźć liczne odwołania do poszczególnych odcinków. Nie znaczy to wcale, że mogą po nią sięgnąć tylko i wyłącznie zagorzali wielbiciele genialnego diagnostyka – być może właśnie lektura tej książki zainspiruje kogoś do obejrzenia serialu. Osobiście wolałabym jednak sięgnąć po książkę dopiero po zaznajomieniu się z serialem – nie lubię tej dziwnej świadomości, która towarzyszy podczas czytania o czymś, o czym nie wiem, bądź nie jest dla mnie do końca jasne – myślę, że nie tylko ja. Zatem drogi czytelniku – zanim weźmiesz się za czytanie książki „Dr House całkowicie bez autoryzacji” obejrzyj chociaż kilka odcinków serialu, żebyś wiedział z czym będziesz miał do czynienia, a zanim sięgniesz po serial, dobrze się nad tym zastanów – jeśli chcesz się od niego uzależnić to proszę bardzo. Ale nie miej do mnie potem pretensji – pamiętaj, że Cię ostrzegałam.

 

[1] L. Wilson, Dr House. Całkowice bez autoryzacji, Prószyński i S – ka, Warszawa 2009, str. 150

[2] Tamże, str.170

[3] Tamże, str. 175

wtorek, 09 marca 2010, kalarepa86

Polecane wpisy

Komentarze
ysabellmoebius
2010/03/11 14:15:00
Nie bardzo lubię House'a, pewnie z tego samego powodu, z którego nie polubiłam Lisbeth Salander z trylogii Millenium Larssona nie lubię ludzi, którzy uważają, że zasady nie odnoszą się do nich...
Co nie zmienia faktu, że serial jest bardzo dobry, chociaż wolałam wczesne serie, w których mniej było metaplotu, a więcej przypadków do zdiagnozowania. Im więcej pojawiało się relacji między postaciami (a ten ma byłą żonę, ta jest chora, a ten zakochany), tym bardziej mnie serial nudził i w końcu zrezygnowałam z oglądania.
Ale bardzo byłam ciekawa co jest w tej książce. Nie do tego stopnia, żeby ją czytać, ale jednak. Wielkie dzięki za recenzję.
Liczniki na stonę