sobota, 20 marca 2010

Chciałabym Was wszystkich serdecznie zaprosić na mojego nowego bloga --> http://molksiazkowyy.blogspot.com , który stanowić będzie kontynuację tego, co robiłam dotychczas na blogu www.molksiazkowyy.blox.pl Nadszedł czas na niewielkie zmiany - zmiany, nad którymi myślałam jakiś czas temu. Głównym powodem były ograniczone możliwości jakie dawał i daje blox.pl - (np. ograniczona objętość notek max 16 kb, kończy mi się też ilość MB na zdjęcia, nie wiem czy to się potem automatycznie zwiększa czy nie, brak możliwości indywidualnego modyfikowania poszczególnych elementów w bocznej szpalcie. Na chwilę obecną będę prowadziła dwa blogi - mam nadzieję, że odnajdę się na blogspot.pl i zostanę tam na stałe - istnieje możliwość, że i on nie spełni moich oczekiwań. Żałuję tylko, że zdecydowałam się na to dopiero teraz, bo nie potrafię tak po prostu porzucić tego bloga. Pożyjemy, zobaczymy.

 

K. Wójcik

14:39, kalarepa86
Link Komentarze (9) »
środa, 17 marca 2010



„Taksim” to czwarta książka Andrzeja Stasiuka, którą udało mi się przeczytać – książka, dzięki której jeszcze bardziej polubiłam jego pisarstwo. Po raz kolejny ja i moja grupa czytaliśmy Stasiuka w ramach zajęć z dr Dębską – Kossakowską. Muszę przyznać, że po raz kolejny uprzedziłam się do książki czytanej w ramach zajęć już na samym początku – nawet nie przeczytałam ani jednej strony, a już stwierdziłam, że nie mam ochoty jej czytać. Zupełnie niepotrzebnie, bo książka „Taksim” wciągnęła mnie od pierwszych stron. Powodem mojej niechęci był ciągły brak czasu i kolejne lektury do pracy magisterskiej... Ale czas przejść do rzeczy.
 

Z pewnością warto byłoby napisać w kilku słowach o czym jest „Taksim” – kilka słów z pewnością wystarczy, by rozbudzić w czytelniku ciekawość, bądź zniechęcić go do lektury. Ale gdy przychodzi co do czego, to te kilka słów okazuje się niewystarczające bowiem, czy to, że napiszę, że głównymi bohaterami książki jest Paweł i Władek, którzy handlują tanią, chińską odzieżą, a od czasu do czasu też czymś innym, zachęci wystarczająco jakiegokolwiek czytelnika do sięgnięcia po tę książkę? Czy po tym jak napiszę, że ta książka traktuje o próbie przetrwania sprawi, że będziecie jeszcze bardziej zainteresowani ową lekturą? Myślę, że nie, bowiem pisanie o fabule tej książki, która jak dla mnie stanowi jedynie dodatek do przemyśleń i refleksji w niej zawartych jest rzeczą trudną – trudno jest napisać cokolwiek więcej, bez zdradzania istotnych dla tej opowieści szczegółów. Ale spróbuje Was zainteresować w inny sposób, zwracając uwagę na przemyślenia, którymi wręcz przepełniona jest ta książka.
 

Książka Andrzeja Stasiuka jest napisana mocnym, typowo męskim językiem – nie brakuje w niej wulgaryzmów, ale też znajdziemy w niej charakterystyczną dla Stasiuka refleksję i zadumę, która dotyczy zapomnianego prowincjonalnego, wschodnioeuropejskiego świata. Świat ten w książce Stasiuka opisany jest tak doskonale, że nie opuszcza nas wrażenie uczestnictwa i obserwacji tego, co tak plastycznie zostało ukazane. Czytając tę książkę mamy wrażenie ciągłej konfrontacji ruchu i martwoty – wraz z bohaterami przemieszczamy się z jednego targu na drugi, towarzyszymy im w ciągłej podróży, by za chwilę znaleźć się w zupełnie innym miejscu - w kolejnym zapomnianym, umierającym powolną śmiercią mieście. Wydarzenia jakich jesteśmy świadkami stanowią punkt wyjścia do rozważań m.in. na temat konsumpcjonizmu: „Byłem dzisiaj w mieście. Zrobiłem karmnik dla ptaków i poszedłem po ziarno słonecznika. Można je zostać w sklepie zoologicznym. Dziwne miejsce. Robisz trzy kroki i zamiast burej, zimnej ulicy masz podróbkę tropiku z jego upałem i smrodem. W klatkach jazgoczą papugi. W zielonkawych akwariach tam i z powrotem pływają egzotyczne ryby. Panuje półmrok. Kupujący nie są egzotyczni. Mówią cicho. Jakby onieśmielała ich ta podzwrotnikowa atmosfera” [1].
 

Bohater książki dzieli się z nami swoimi przemyśleniami na temat przemian zachodzących w mieście: „Zdałem sobie sprawę, że ten sklep istnieje w tym samym miejscu, odkąd pamiętam. Któregoś dnia przyjechałem tutaj, a on już był. Cała reszta się zmieniała. Wciąż coś powstawało, by zaraz upaść. Sklepy, knajpy i zakłady fotograficzne pojawiały się i przepadały bez wieści. Jedne zmieniały się w drugie, ale nad wszystkim unosiła się wizja klęski” [2].
 

Wielką wolą walki zdaję się mieć mieszkańcy miast, do których przybywa bohater Stasiukowej opowieści. Wstają każdego dnia i jak gdyby nigdy nic otwierają sklepy i zakłady, chociaż wiedzą, że znowu nie będą mieli żadnego klienta, że będzie to dzień stracony. A mimo tego nie poddają się, wciąż wierzą, że to co robią ma jakiś sens i że tak trzeba – z pewnością ta wiara napędza ich, daje im siłę do tego owocnego (w ich mniemaniu) działania. „Czasami myślałem o ludziach, którzy to wszystko zaczynają. Wstają rano, mają odwagę i siłę, a potem patrzą, jak to, czego dokonali, rozpada się. I znowu zaczynają wszystko od początku. Jakby byli głupi albo bohaterscy. W każdym razie niezniszczalni. Podziwiałem ich. Otwierali knajpy i patrzyli na puste stoliki. Otwierali sklepy, przychodzili do nich o świcie i przeglądali się w pustce” [3].
 

Niezwykły w tej książce jest opis lunaparku, który na chwile pobudza do życia to umierające miasto. Ludzie biorą udział w całym tym przedstawieniu – zdają się być zaczarowani, lgną do światła, idą za nim, a przecież to zwykły lunapark – owszem, ale dla mieszkańców prowincji nawet lunapark zdaje się być czymś magicznym.
 

Paweł, który dzieli się z nami przemyśleniami ma świadomość, że miasto w którym żyje, umiera i zanika – ma tego pełną świadomość, a jednak nie potrafi go opuścić. Jest to chyba pewnego rodzaju przywiązanie, coś zupełnie naturalnego w stosunku do miejsca, w którym czujemy jest dobrze. „Powinienem stąd wyjechać tak jak wszyscy. Powinienem któregoś dnia zapakować furgonetkę i ruszyć tam, skąd przyszedłem. Albo w druga stronę, albo w trzecią. Powinienem oddać klucz właścicielce, zapłacić, podziękować i wyruszyć. Myślałem o tym od samego początku, odkąd tu przyjechałem. Ale nie miałem siły. To miasto było jak los. Byłem już za stary i chciałem przeczekać jeszcze jedną zimę. A potem pewnie następną. Musiałem tu zostać, bo w innym miejscu nie potrafiłbym zasnąć ani się obudzić. W innym miejscu nie byłoby mostu nad rzeką i dudnienia samochodów na moście. Nie byłoby łuny nad stacją benzynową. To są ważne rzeczy i z czasem okazuje się, że nie można bez nich żyć. Nie można ich zamienić na nic innego. Czasami wyobrażam sobie, że sprzedaję ducato, żeby mieć na bilet, i jadę, lecę do Londynu. Albo do Berlina, gdzie kiedyś, bardzo dawno temu, spędziłem trochę czasu. Myślę o wyjeździe i zaczynam się bezgłośnie śmiać” [4].


Stasiuk poprzez swojego bohatera ukazuje nam miasto - widmo, miasto, które trwało nie zmienione od lat, miasto, w którym była tylko stacja benzynowa, most i szosa – i nic poza tym, a mimo to, jeszcze komuś było ono potrzebne, nadawało życiu mieszkańców sens, pozwalało przetrwać, ponieważ ludzie w tym mieście byli samowystarczalni – radzili sobie jak mogli, a do szczęścia niewiele im brakowało: „Każdy dom, każde obejście jak mała arka Noego w dryfie. Samowystarczalna z tymi wszystkimi kurami, wieprzkami, zagonami kartofli i żytka, wzgórze ze wzgórzem, grzbiet za grzbietem wystawiona na wiatry, deszcze i śniegi, przylepiona do ziemi jak okruch, jak jaskółcze gniazdo” [5].


W tym mieście wszystko ma swój sens, a wybór tych ludzi był wyborem świadomym – mimo upływu lat, to miasto pozostało niezmienione. Stało się czymś na wzór schronu dla tych wszystkich ludzi, swoistego rodzaju opoką, o czym możemy przeczytać w innym fragmencie książki: „Na początku wydawało mi się, że to miasto tkwi w bezruchu, całkowicie oporne na zmiany. Jak dwadzieścia, jak trzydzieści lat temu. Nieporuszone, senne, bezpieczne. Gdzieś tam w świecie zrzucają ludzi z dachów, migają niebieskie światła glin i karetek, a tutaj dwa kroki od Rynku kury grzebią w ziemi i czuć woń króliczych klatek. Ni miasto, ni wieś. Chciałem, żeby tak zostało na wieki. Myślę, że większość mieszkańców tego chciała. Żeby dano im spokój” [6].

W książce Stasiuka poruszany jest również temat roli rzeczy w naszym życiu. Każdego dnia ludzie na świecie kupują mnóstwo potrzebnych i zupełnie niepotrzebnych rzeczy – tanich i drogich, oryginalnych i podróbek – myślę, że większość kupujących nie zaprząta sobie głowy tym, z czego dana rzecz jest zrobiona, bądź po jakim czasie stanie się bezużyteczna bądź zapomniana i niepotrzebna. Kiedyś było inaczej – kiedyś kupowało się płaszcz, zegarek, samochód, pralkę – rzeczy, które służyły nam przez lata. Czasy się zmieniły – działanie wszystkiego jest skrupulatnie obliczone. Kończy się gwarancja – nagle okazuje się, że aparat, pralka, czy cokolwiek innego psuje się. Gdy mamy szansę coś zareklamować okazuje się, że naprawa już tego nie obejmuje. Brzmi znajomo? No właśnie. A przecież kiedyś było zupełnie inaczej: „Jeszcze niedawno (ludzie) kupowali rzeczy na całe życie. Składali, oszczędzali na garnitur u krawca, na buty u szewca i była inwestycja, i był sens, było wyrzeczenie i była nagroda. Z tego się, kurwa, składało życie ludu. Jak dostałem pierwsze zegarek, to miałem go przez dziesięć lat. Codziennie nakręcałem i kładłem przy łóżku. A to i tak było nic, bo mój ojciec swój zegarek nakręcał i kładł przy łóżku przynajmniej przez lat trzydzieści. Dziesięć lat pastował te same czarne skórzane buty i tyle samo czyścił szczotką wełniany granatowy garnitur w prążki. A teraz rano przychodzi im do głowy, że chcą nowe buty, i se po prostu idą, przewalają trzydzieści par badziewia, handlarnia ciągnie ich za rękawy, że tutaj taniej, tam to już w ogóle, i na koniec szczęśliwi, z owocem reakcji chemicznej w reklamówce, udają się do chaty, a potem się dziwią, że po godzinie chodzenia platfusy im śmierdzą jak padlina” [7]
 

„Taksim” to niezwykła powieść. Dzięki tej nieśpiesznej opowieści i gawędzie, Stasiuk po raz kolejny pokazał, że jest mistrzem słowa. Mistrzem, który o rzeczach zwykłych potrafi napisać tak, że przyciąga czytelnika, który zostaje z nim już do końca lektury. Coraz rzadziej w polskiej prozie mamy do czynienie z takim rodzajem lektury. Tym bardziej cieszy mnie fakt, że można jeszcze trafić na tak ciekawie opowiedzianą historię – historię o tym, jak zmiany dotykają nawet najbardziej zapyziałą dziurę na końcu świata; historię o tym, że na świecie jest jeszcze gdzieś miejsce, w którym ludzie żyją i walczą o swoje przetrwanie; historię o tym, że można jeszcze na tym świecie znaleźć miejsce, gdzie poczujemy się dobrze.

 

[1] str. 53

[2] str. 54

[3] str. 54

[4] str. 97 - 98

[5] str. 266

[6] str. 264

[7] str. 188 - 189


Wydawnictwo Czarne, 2009

wtorek, 16 marca 2010

                       

Idzie wiosna - czas zdjąć grube kurtki i swetry, które miały za zadanie ogrzać nasze ciała, czas zrobić porządny rachunek sumienia, czas spojrzeć na własne ciało i zastanowić się, czy to co, co widzicie w pełni Wam odpowiada – jeśli odpowiedź jaka padnie brzmi „tak” napiszę, że cieszy mnie to ogromnie, jeśli to, co widzicie nie do końca Was satysfakcjonuję, napiszę, że nie ma co załamywać rąk – czas wziąć się za siebie i uwierzyć, że wszystko jest możliwe. Jeśli mi nie wierzycie, to zapraszam do lektury książki „Gruba” autorstwa Natalii Rogińskiej.


Bohaterką tej książki jest 28 letnia Magda zajmująca dobrze płatne stanowisko grafika komputerowego, a na dodatek czeka na klucze do własnego mieszkania. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że Magda ma otyłość, z której doskonale zdaje sobie sprawę, a z którą w żaden sposób nie może sobie poradzić. Magdzie nie jest łatwo – poczucie bezradności potęguje brak wsparcia ze strony matki czy osób pracujących z nią w firmie. Być może zamartwiałaby się dalej, gdyby nie przypadkowa wizyta u lekarz jej babci, który zmusił ją do zważenia się i zweryfikowania własnych poglądów na temat swojej aktualnej wagi. Główna bohaterka, która przez cały czas myślała, że jej waga nieco przekracza liczbę 100, doznała niemałego szoku, gdy przekonała się że zamiast 105 kg, waga wskazuje liczbę 127,5. Szok okazał się skuteczny – Magda podjęła walkę ze swoją wagą i samą sobą.


Przykład bohaterki książki Rogińskiej pokazuje nam, że aby coś miało sens, my sami musimy to dostrzec i chcieć to zmienić - nic na siłę, człowiek musi znaleźć się w sytuacji bez wyjścia, aby coś sobie uświadomić i zrozumieć. Nie da się nikogo zaciągnąć na siłownię i zmusić do ćwiczeń. Wszystko siedzi w psychice. Jest pewne granica, po przekroczeniu której, człowiek, który ma problem z otyłością, bądź nadwagą zaczyna sobie zdawać sprawę, że jest źle – w przypadku bohaterki książki jest to waga 127,5 kg. Granica, po przekroczeniu której, klapki które dotąd zasłaniały umysł i oczy takiej osoby znikają. Akceptacja i tolerancja są dobre, ale do czasu i nie wobec wszystkiego z czym mamy do czynienia – jak to pięknie nazwała bohaterka książki, to nie jest akceptacja, a ignorancja, która przychodzi z czasem, która wszystko ułatwia: „Grubym wszędzie jest miękko. Otulina z tłuszczu działa jak anatomicznie dopasowana poduszka i nawet na niewygodnych siedzeniach w autobusie pozwala czuć się komfortowo. Nic nie uwiera, nic nie gniecie. Tylko sprzączka od stanika wrzyna się w ciało, ale z czasem zaczynasz ją ignorować. Wiele rzeczy musisz nauczyć się ignorować. Spojrzenia kobiet, które traktują cię jak przestrogę przed zjedzeniem nadprogramowej ilości kalorii. Brak spojrzeń mężczyzn, którzy mają cię za istotę aseksualną. Ignorujesz też nowe kolekcje ubrań w sklepach, bo wiesz, że nie są dla ciebie. Ignorujesz słowa, które wykrzykują dzieci na twój widok. Ignorujesz przestrogi lekarzy. Ignorujesz promienie słońca. Ignorujesz własne odbicie w lustrze. Ignorujesz problem”[1].


Książka Rogińskiej doskonała lektura dla kobiet, które mają problem ze znalezieniem odpowiedniej siły motywującej – myślę, że bohaterka „Grubej” powinna ten problem skutecznie rozwiązać. „Gruba” to typowa lektura dla kobiet, która ma zadatki na literaturę nieco ambitniejszą, za sprawą przesłania, które autorka w niej zawarła – książka Natalii Rogińskiej uczy nas nie tylko tolerancji, ale pokazuje, że mimo wszystko z wagą można wygrać – chociaż na początku może wydawać się to ciężkie, to upór i ciężka praca dają pożądane rezultaty. Perypetie głównej bohaterki pokazują również, że poza własnym wytrwałością i determinacją, potrzebne są nam motywujące słowa ze strony bliskich nam osób. W książce bohaterkę motywowała jej babcia i przyjaciółka z pracy – natomiast rodzona matka na każdym kroku naśmiewała się z jej wagi i przejadania się. Mam nadzieję, że ta książka zmotywuje niejedną osobę do wzięcia się za siebie – ze względu na zdrowie i lepsze samopoczucie.


[1] N. Rogińska, Gruba, Prószyński i S – ka, Warszawa 2010, str. 7


Wydawnictwo Prószyński i S – ka, 2010

wtorek, 09 marca 2010

                         


Odkąd House M.D. w 2004 roku zagościł w stacji telewizyjnej Fox wciąż zyskuje nowych fanów i zagorzałych przeciwników – wszystko za sprawą głównego bohatera na którym koncentruje się fabuła serialu, a mianowicie doktora Gregory'ego House'a, który jest głową zespołu diagnostycznego w szpitalu Princeton – Plainsboro. House to postać dosyć charakterystyczna – lekarz, który w niczym nie przypomina (a nawet znacząco odbiega) od obrazu lekarza zakodowanego w naszych umysłach. Tym, którzy serial oglądają opis jest zupełnie niepotrzebny, ale dla tych, którzy nie wiedzą o kim mowa (czy w ogóle ktoś taki jeszcze istnieje?) wskażę na najbardziej charakterystyczne cechy: laska, dosyć specyficzne poczucie humoru, niechęć do pacjentów i uzależnienie od środków przeciwbólowych (a dokładniej jednego – vicodinu) oraz nagminne łamanie regulaminu i nie przestrzeganie zasad panujących w szpitalu.

 

Książka „Dr House całkowice bez autoryzacji” stanowi zbiór ciekawie napisanych esejów, które idealnie dopełniają serial. Autorzy tekstów analizują różne aspekty serialu takie jak powstanie serialu i jego pierwowzór w postaci Sherlock’a Holmes’a; model dysfunkcyjnej rodziny, z którą widz ma do czynienia w wielu odcinkach serialu;  filozofię głoszoną przez House’a, to jak myśli, jak działa, czym się kieruje podejmując takie, a nie inne decyzje – jednym słowem cały House, którego mimo wszystko kochają (a nawet ubóstwiają) miliony osób na całym świecie.

 

Moim skromnym zdaniem na największą uwagę zasługują teksty skupione w trzeciej części książki (Mózg House’a), gdzie w jednym z tekstów Linda Heath. Lindsay Nicholas, Jonya A. Leverett (Jak myśli House) konfrontują sposób myślenia postaci, która już na dobre dołączyła do panteonu telewizyjnych lekarzy, z myśleniem lekarzy, z jakimi mamy do czynienia w realnym świecie. „Intuicyjna, holistyczna i niewiarygodnie szybka strategia diagnostyczna wykorzystywana przez House’a świetnie pasuje do telewizyjnego świata, w którym pacjenci muszą być zdiagnozowani i wyleczeni w ciągu czterdziestu dwóch minut, wyłączając przerwy na reklamę. Jednakże w realnym świecie błyskawiczne decyzje niekoniecznie muszą być dobrymi decyzjami”[1]. Teoretycznie nie muszą, ale praktyka często pokazuje nam, że lekarze pracujący przy nagłych przypadkach też mają niewiele czasu na podjęcie jedynej słusznej decyzji i tak naprawdę w walce o życie drugiego człowieka liczy się każda minuta. Zdaniem  innej autorki - Nancy Franklin  (Pomysły House’a. Dlaczego są lepsze niż pomysły wszystkich innych?) na przykładzie House’a będzie się kształciło następne pokolenie lekarzy telewizyjnych, ponieważ pokazuje on, że „nie tylko myślenie, ale także ignorowanie, spanie, obrażanie, niszczenie, zarażanie, myszkowanie i łykanie tabletek może prowadzić do rozwiązywania trudnych przypadków. Oczywiście odpowiednie przygotowanie medyczne i umiejętność naukowego myślenia także bywają przydatne” [2]. Susan Engel i Sam Levin próbuje odpowiedzieć na pytanie, czy House potrafi podzielić się swoją wiedzą – odpowiedzi jakich udzielają, są raczej potwierdzeniem tego, co wielbiciel serialu widzi na własne oczy obserwując poczynania lekarza i jego zespołu diagnostycznego. Obraz jaki generują teksty zawarte w tej książce, pozwalają nam spojrzeć na House’a z innej strony – czytając te bardzo ciekawie napisane eseje widzimy kogoś więcej, niż tylko aroganckiego zrzędliwego i protekcjonalnego lekarza, który manipuluje pacjentami i współpracownikami. To wszystko odchodzi w cień w konfrontacji z jego wiedzą medyczną i niesamowitą inteligencją. „Jego encyklopedyczna pamięć, ostre jak brzytwa umiejętności analityczne, ogromny zasób słownictwa i swoboda w posługiwaniu się nim, tempo przetwarzania informacji każą przypuszczać, że jego iloraz inteligencji wynosi co najmniej 150. Można jednak być niezwykle inteligentnym, nie posiadając znacznej wiedzy z określonej dziedziny. Postać House’a zbudowana jest na obu tych filarach – imponującym intelekcie oraz rozległej wiedzy medycznej”.

 

Wielkim plusem tej książki jest fakt, że autorzy nie silą się na niewiadomo jakie naukowe dywagacje – są to raczej krótkie i treściwe artykuły, które momentami zaskakują – aspekty na które zwracają uwagę autorzy i sposób, w jaki dokonują swoich analiz, sprawiają, że momentami czytelnik czuje się zaskoczony i gani się za to, że on sam nie wpadł wcześniej na to, co jak się okazuje, było dziecinnie proste.

 

„Dr House. Całkowicie bez autoryzacji” to moim zdaniem książka skierowana typowo do fanów serialu – można w niej odnaleźć liczne odwołania do poszczególnych odcinków. Nie znaczy to wcale, że mogą po nią sięgnąć tylko i wyłącznie zagorzali wielbiciele genialnego diagnostyka – być może właśnie lektura tej książki zainspiruje kogoś do obejrzenia serialu. Osobiście wolałabym jednak sięgnąć po książkę dopiero po zaznajomieniu się z serialem – nie lubię tej dziwnej świadomości, która towarzyszy podczas czytania o czymś, o czym nie wiem, bądź nie jest dla mnie do końca jasne – myślę, że nie tylko ja. Zatem drogi czytelniku – zanim weźmiesz się za czytanie książki „Dr House całkowicie bez autoryzacji” obejrzyj chociaż kilka odcinków serialu, żebyś wiedział z czym będziesz miał do czynienia, a zanim sięgniesz po serial, dobrze się nad tym zastanów – jeśli chcesz się od niego uzależnić to proszę bardzo. Ale nie miej do mnie potem pretensji – pamiętaj, że Cię ostrzegałam.

 

[1] L. Wilson, Dr House. Całkowice bez autoryzacji, Prószyński i S – ka, Warszawa 2009, str. 150

[2] Tamże, str.170

[3] Tamże, str. 175

sobota, 06 marca 2010

                      


Szymon Hołownia jest dzisiaj dużo bardziej rozpoznawalny niż kiedyś, głównie za sprawą w występu w programie „Mam talent” - wystarczy jednak spojrzeć na jego dorobek literacki (gdzie wymienić można tytuły takie jak "Kościół dla średnio zaawansowanych", "Tabletki z krzyżykiem", "Ludzie na walizkach") i zajmowane stanowiska (redaktor działu kultury w Gazecie Wyborczej,  redaktor działu społecznego w tygodniku Newsweek Polska) by utwierdzić się w przekonaniu, że dalej jest wierny swoim poglądom, a praca u boku Marcina Prokopa w jednej z największych stacji telewizyjnych nie miała negatywnego wpływu na to, co robił dotychczas i czym zajmuje się obecnie.

 

„Monopol na zbawienie” to ostatnia książka Szymona Hołowni –  jednak zanim zacznę o nie pisać, chciałabym zwrócić uwagę na krótki fragment zaczerpnięty ze wstępu do owej książki, który moim zdaniem w pełni powinien wyjaśnić czym tym razem uraczył swoich czytelników Hołownia: „Dlaczego Monopol na zbawienie? W największym skrócie – by podekscytować i na chwilę zająć uwagę tych, dla których życie to gra, gdzie trzeba zdobywać punkty, być w stałym pędzie do mety. Aby zbulwersować tych, których bulwersuje wszystko. Wreszcie – by zagrzać do boju tych, którzy w tytule będą się doszukiwać śladów katolickiego triumfalizmu"* - tak autor tłumaczy genezę tytułu swojej książki, która zaskakuje tak treścią, jak i formą jej wydania, o której będzie mowa w dalszej części tekstu.

 

Autor pisze o religii tak, że aż chce się go czytać – w pierwszej części „Monopolu na Zbawienie” („Przestrogi na drogę”) opisane są „Przestrogi Boskie” - Hołownia proponuje nieco inne spojrzenie na Dekalog, gdzie każde przykazanie stara się połączyć z jakąś historią, która miała miejsce dawniej, bądź współcześnie – m.in. w przykazaniu „Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną” snuje Hołownia rozważania na temat Charlesa Mansaona – amerykańskiego przestępcy, założyciela sekty „Rodzina”; w przykazaniu piątym daje nam do zrozumienia, że nigdy nie należy nikogo zabijać – nawet gwałcicieli czy morderców – prawo od odbierania życia ma tylko i wyłącznie Bóg. Z kolei druga część książki („Przestrogi ludzkie”) to krótkie, zabawne i pouczające teksty. Trzecia część książki („Test”) łączy się z grą, która została dołączona do „Monopolu...”. Muszę przyznać dodanie do książki gry planszowej, która odsyła do poszczególnych części książki, było świetnym pomysłem - wspaniale wzbogaca to odbiór i recepcję rozważań zawartych w książce. W tej części możemy sprawdzić i wzbogacić swoją dotychczasową wiedzę. Dla tych, co właśnie grają, Hołownia proponuje krótkie wyjaśnienie – dla tych, którzy mają więcej czasu na lekturę, bądź zdecydowali się przeczytać „Monopol na zbawienie” od deski do deski, autor daje możliwość przeczytania nieco dłuższego rozważania stanowiącego rozwinięcie problemu, który pojawia się w każdym pytaniu. W kolejnej, czwartej części książki Szymona Hołowni przeczytać możemy słów kilka na temat różnych patronów – „Patroni do wzięcia” stanowią krótki opis poszczególnych religijnych opiekunów, ze wskazaniem na to, dla kogo dany patron będzie najbardziej odpowiedni – i tak oto Hołownia proponuje nam patrona dla polityków, dla tych, co chcą być wiecznie młodzi, dla pań w każdym wieku etc. Ostatnia część to krótki rozdział zawierający odpowiedzi na pytania fundamentalne takie jak: „Po co jest Bóg?”, „Dlaczego trzeba wierzyć w Kościele?”, „Dlaczego trzeba się modlić?”.

 

„Monopol na zbawienie” pokazuje, że Szymon Hołownia doskonale orientuje się we współczesnej kulturze i tematyce religijnej, o której pisze w dosyć nowatorski sposób, a który nie powinien urazić najbardziej gorliwego katolika. Poglądy i komentarze Hołowni są niezwykle głębokie, a przy tym otwarte na to, co nowe – brak zadęcia, lekkość i swoboda jego wypowiedzi sprawiają, że to, co pisze o Bogu, wierze i religii lepiej trafia do czytelnika – zwłaszcza takiego, który w jakiś sposób oddalił się od Kościoła, dla którego taka książka być może będzie pierwszym krokiem do zastanowienia się nad swoim dotychczasowym postępowaniem i miejscem religii w jego życiu.  „Monopol na zbawienie” z pewnością nie zbawi i nie przyciągnie do Kościoła wszystkich, którzy tę książkę przeczytają – warto jednak po nią sięgnąć – z czystej ciekawości, z chęci poszerzenia swojej wiedzy w tematyce religijnej bądź po prostu w celu przeczytania czegoś wartościowego, co być może wniesie do naszego światopoglądu coś nowego.


----------------------------

* S. Hołownia, Monopol na zbawienie, Wydawnictwo Znak, Kraków 2009, s. 7
------------------------

Wydawnictwo Znak, 2009

 

środa, 24 lutego 2010

Jeszcze nie została wydana, a już wzbudziła niemałe zainteresowanie. Jedno jest już pewne – zakazu publikacji nie będzie, więc zapewne jeszcze w weekend książka trafi na półki księgarń w całej Polsce. Ciekawi mnie, co też Pan Artur Domosławski napisał o Ryszardzie Kapuścińskim. Ciekawi z wielu względów – m.in. dlatego, że piszę pracę magisterską o cesarzu polskiego reportażu, a także ze względu na moją osobistą sympatię do pisarza.


                    

 

A w poniedziałkowym Newsweeku możecie co nieco o tej publikacji, a także wywiad z publicystą Gazety Wyborczej, którego książka wzbudziła takie zamieszanie.


                       


Jeden z artykułów można znaleźć w Internecie:


Koniec pewnej bajki.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 52
| < Wrzesień 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30          
Zakładki:
01. Współpracuję z ...
02. Polskie strony o książkach
03. Wydawnictwa
04. Blogi książkowe
05. Blogi różne
06. Czytuje...
07. Nie tylko książki...
08. Muzycznie
09. Przeczytane w 2009
10. Przeczytane w 2008
11. Przeczytane w 2007
12. Przeczytane w 2006
Liczniki na stonę