|
sobota, 20 marca 2010
Chciałabym Was wszystkich
serdecznie zaprosić na mojego nowego bloga -->
http://molksiazkowyy.blogspot.com , który stanowić będzie kontynuację tego, co
robiłam dotychczas na blogu www.molksiazkowyy.blox.pl Nadszedł czas na
niewielkie zmiany - zmiany, nad którymi myślałam jakiś czas temu. Głównym
powodem były ograniczone możliwości jakie dawał i daje blox.pl - (np.
ograniczona objętość notek max 16 kb, kończy mi się też ilość MB na zdjęcia,
nie wiem czy to się potem automatycznie zwiększa czy nie, brak możliwości
indywidualnego modyfikowania poszczególnych elementów w bocznej szpalcie. Na
chwilę obecną będę prowadziła dwa blogi - mam nadzieję, że odnajdę się na
blogspot.pl i zostanę tam na stałe - istnieje możliwość, że i on nie spełni
moich oczekiwań. Żałuję tylko, że zdecydowałam się na to dopiero teraz, bo nie
potrafię tak po prostu porzucić tego bloga. Pożyjemy, zobaczymy.
środa, 17 marca 2010
„Taksim”
to czwarta książka Andrzeja Stasiuka, którą udało mi się przeczytać – książka,
dzięki której jeszcze bardziej polubiłam jego pisarstwo. Po raz kolejny ja i
moja grupa czytaliśmy Stasiuka w ramach zajęć z dr Dębską – Kossakowską. Muszę
przyznać, że po raz kolejny uprzedziłam się do książki czytanej w ramach zajęć
już na samym początku – nawet nie przeczytałam ani jednej strony, a już
stwierdziłam, że nie mam ochoty jej czytać. Zupełnie niepotrzebnie, bo książka
„Taksim” wciągnęła mnie od pierwszych stron. Powodem mojej niechęci był ciągły
brak czasu i kolejne lektury do pracy magisterskiej... Ale czas przejść do
rzeczy. Z
pewnością warto byłoby napisać w kilku słowach o czym jest „Taksim” – kilka słów
z pewnością wystarczy, by rozbudzić w czytelniku ciekawość, bądź zniechęcić go
do lektury. Ale gdy przychodzi co do czego, to te kilka słów okazuje się
niewystarczające bowiem, czy to, że napiszę, że głównymi bohaterami książki
jest Paweł i Władek, którzy handlują tanią, chińską odzieżą, a od czasu do
czasu też czymś innym, zachęci wystarczająco jakiegokolwiek czytelnika do
sięgnięcia po tę książkę? Czy po tym jak napiszę, że ta książka traktuje o
próbie przetrwania sprawi, że będziecie jeszcze bardziej zainteresowani ową
lekturą? Myślę, że nie, bowiem pisanie o fabule tej książki, która jak dla mnie
stanowi jedynie dodatek do przemyśleń i refleksji w niej zawartych jest rzeczą
trudną – trudno jest napisać cokolwiek więcej, bez zdradzania istotnych dla tej
opowieści szczegółów. Ale spróbuje Was zainteresować w inny sposób, zwracając
uwagę na przemyślenia, którymi wręcz przepełniona jest ta książka. Książka Andrzeja Stasiuka jest napisana mocnym,
typowo męskim językiem – nie brakuje w niej wulgaryzmów, ale też znajdziemy w
niej charakterystyczną dla Stasiuka refleksję i zadumę, która dotyczy
zapomnianego prowincjonalnego, wschodnioeuropejskiego świata. Świat ten w
książce Stasiuka opisany jest tak doskonale, że nie opuszcza nas wrażenie
uczestnictwa i obserwacji tego, co tak plastycznie zostało ukazane. Czytając tę
książkę mamy wrażenie ciągłej konfrontacji ruchu i martwoty – wraz z bohaterami
przemieszczamy się z jednego targu na drugi, towarzyszymy im w ciągłej podróży,
by za chwilę znaleźć się w zupełnie innym miejscu - w kolejnym zapomnianym,
umierającym powolną śmiercią mieście. Wydarzenia jakich jesteśmy świadkami
stanowią punkt wyjścia do rozważań m.in. na temat konsumpcjonizmu: „Byłem
dzisiaj w mieście. Zrobiłem karmnik dla ptaków i poszedłem po ziarno
słonecznika. Można je zostać w sklepie zoologicznym. Dziwne miejsce. Robisz
trzy kroki i zamiast burej, zimnej ulicy masz podróbkę tropiku z jego upałem i
smrodem. W klatkach jazgoczą papugi. W zielonkawych akwariach tam i z powrotem
pływają egzotyczne ryby. Panuje półmrok. Kupujący nie są egzotyczni. Mówią
cicho. Jakby onieśmielała ich ta podzwrotnikowa atmosfera” [1]. Bohater
książki dzieli się z nami swoimi przemyśleniami na temat przemian zachodzących
w mieście: „Zdałem sobie sprawę, że ten sklep istnieje w tym samym
miejscu, odkąd pamiętam. Któregoś dnia przyjechałem tutaj, a on już był. Cała
reszta się zmieniała. Wciąż coś powstawało, by zaraz upaść. Sklepy, knajpy i
zakłady fotograficzne pojawiały się i przepadały bez wieści. Jedne zmieniały się
w drugie, ale nad wszystkim unosiła się wizja klęski” [2]. Wielką
wolą walki zdaję się mieć mieszkańcy miast, do których przybywa bohater
Stasiukowej opowieści. Wstają każdego dnia i jak gdyby nigdy nic otwierają
sklepy i zakłady, chociaż wiedzą, że znowu nie będą mieli żadnego klienta, że
będzie to dzień stracony. A mimo tego nie poddają się, wciąż wierzą, że to co
robią ma jakiś sens i że tak trzeba – z pewnością ta wiara napędza ich, daje im
siłę do tego owocnego (w ich mniemaniu) działania. „Czasami myślałem o
ludziach, którzy to wszystko zaczynają. Wstają rano, mają odwagę i siłę, a
potem patrzą, jak to, czego dokonali, rozpada się. I znowu zaczynają wszystko
od początku. Jakby byli głupi albo bohaterscy. W każdym razie niezniszczalni.
Podziwiałem ich. Otwierali knajpy i patrzyli na puste stoliki. Otwierali
sklepy, przychodzili do nich o świcie i przeglądali się w pustce” [3]. Niezwykły
w tej książce jest opis lunaparku, który na chwile pobudza do życia to
umierające miasto. Ludzie biorą udział w całym tym przedstawieniu – zdają się
być zaczarowani, lgną do światła, idą za nim, a przecież to zwykły lunapark –
owszem, ale dla mieszkańców prowincji nawet lunapark zdaje się być czymś
magicznym. Paweł,
który dzieli się z nami przemyśleniami ma świadomość, że miasto w którym żyje,
umiera i zanika – ma tego pełną świadomość, a jednak nie potrafi go opuścić.
Jest to chyba pewnego rodzaju przywiązanie, coś zupełnie naturalnego w stosunku
do miejsca, w którym czujemy jest dobrze. „Powinienem stąd wyjechać tak
jak wszyscy. Powinienem któregoś dnia zapakować furgonetkę i ruszyć tam, skąd
przyszedłem. Albo w druga stronę, albo w trzecią. Powinienem oddać klucz
właścicielce, zapłacić, podziękować i wyruszyć. Myślałem o tym od samego
początku, odkąd tu przyjechałem. Ale nie miałem siły. To miasto było jak los.
Byłem już za stary i chciałem przeczekać jeszcze jedną zimę. A potem pewnie
następną. Musiałem tu zostać, bo w innym miejscu nie potrafiłbym zasnąć ani się
obudzić. W innym miejscu nie byłoby mostu nad rzeką i dudnienia samochodów na
moście. Nie byłoby łuny nad stacją benzynową. To są ważne rzeczy i z czasem
okazuje się, że nie można bez nich żyć. Nie można ich zamienić na nic innego.
Czasami wyobrażam sobie, że sprzedaję ducato, żeby mieć na bilet, i jadę, lecę
do Londynu. Albo do Berlina, gdzie kiedyś, bardzo dawno temu, spędziłem trochę
czasu. Myślę o wyjeździe i zaczynam się bezgłośnie śmiać” [4]. Stasiuk
poprzez swojego bohatera ukazuje nam miasto - widmo, miasto, które trwało nie
zmienione od lat, miasto, w którym była tylko stacja benzynowa, most i szosa –
i nic poza tym, a mimo to, jeszcze komuś było ono potrzebne, nadawało życiu
mieszkańców sens, pozwalało przetrwać, ponieważ ludzie w tym mieście byli
samowystarczalni – radzili sobie jak mogli, a do szczęścia niewiele im
brakowało: „Każdy dom, każde obejście jak mała arka Noego w dryfie.
Samowystarczalna z tymi wszystkimi kurami, wieprzkami, zagonami kartofli i
żytka, wzgórze ze wzgórzem, grzbiet za grzbietem wystawiona na wiatry, deszcze
i śniegi, przylepiona do ziemi jak okruch, jak jaskółcze gniazdo” [5]. W tym
mieście wszystko ma swój sens, a wybór tych ludzi był wyborem świadomym – mimo
upływu lat, to miasto pozostało niezmienione. Stało się czymś na wzór schronu
dla tych wszystkich ludzi, swoistego rodzaju opoką, o czym możemy przeczytać w
innym fragmencie książki: „Na początku wydawało mi się, że to miasto tkwi
w bezruchu, całkowicie oporne na zmiany. Jak dwadzieścia, jak trzydzieści lat
temu. Nieporuszone, senne, bezpieczne. Gdzieś tam w świecie zrzucają ludzi z
dachów, migają niebieskie światła glin i karetek, a tutaj dwa kroki od Rynku
kury grzebią w ziemi i czuć woń króliczych klatek. Ni miasto, ni wieś.
Chciałem, żeby tak zostało na wieki. Myślę, że większość mieszkańców tego
chciała. Żeby dano im spokój” [6]. W książce
Stasiuka poruszany jest również temat roli rzeczy w naszym życiu. Każdego dnia
ludzie na świecie kupują mnóstwo potrzebnych i zupełnie niepotrzebnych rzeczy –
tanich i drogich, oryginalnych i podróbek – myślę, że większość kupujących nie
zaprząta sobie głowy tym, z czego dana rzecz jest zrobiona, bądź po jakim
czasie stanie się bezużyteczna bądź zapomniana i niepotrzebna. Kiedyś było
inaczej – kiedyś kupowało się płaszcz, zegarek, samochód, pralkę – rzeczy,
które służyły nam przez lata. Czasy się zmieniły – działanie wszystkiego jest
skrupulatnie obliczone. Kończy się gwarancja – nagle okazuje się, że aparat,
pralka, czy cokolwiek innego psuje się. Gdy mamy szansę coś zareklamować
okazuje się, że naprawa już tego nie obejmuje. Brzmi znajomo? No właśnie. A
przecież kiedyś było zupełnie inaczej: „Jeszcze niedawno (ludzie)
kupowali rzeczy na całe życie. Składali, oszczędzali na garnitur u krawca, na
buty u szewca i była inwestycja, i był sens, było wyrzeczenie i była nagroda. Z
tego się, kurwa, składało życie ludu. Jak dostałem pierwsze zegarek, to miałem
go przez dziesięć lat. Codziennie nakręcałem i kładłem przy łóżku. A to i tak
było nic, bo mój ojciec swój zegarek nakręcał i kładł przy łóżku przynajmniej
przez lat trzydzieści. Dziesięć lat pastował te same czarne skórzane buty i
tyle samo czyścił szczotką wełniany granatowy garnitur w prążki. A teraz rano
przychodzi im do głowy, że chcą nowe buty, i se po prostu idą, przewalają
trzydzieści par badziewia, handlarnia ciągnie ich za rękawy, że tutaj taniej,
tam to już w ogóle, i na koniec szczęśliwi, z owocem reakcji chemicznej w
reklamówce, udają się do chaty, a potem się dziwią, że po godzinie chodzenia
platfusy im śmierdzą jak padlina” [7] [1] str.
53 [2] str.
54 [3] str.
54 [4] str.
97 - 98 [5] str.
266 [6] str.
264 [7] str. 188 - 189 Wydawnictwo Czarne, 2009
wtorek, 16 marca 2010
Idzie wiosna - czas zdjąć
grube kurtki i swetry, które miały za zadanie ogrzać nasze ciała, czas zrobić
porządny rachunek sumienia, czas spojrzeć na własne ciało i zastanowić się, czy
to co, co widzicie w pełni Wam odpowiada – jeśli odpowiedź jaka padnie brzmi
„tak” napiszę, że cieszy mnie to ogromnie, jeśli to, co widzicie nie do końca
Was satysfakcjonuję, napiszę, że nie ma co załamywać rąk – czas wziąć się za
siebie i uwierzyć, że wszystko jest możliwe. Jeśli mi nie wierzycie, to
zapraszam do lektury książki „Gruba” autorstwa Natalii Rogińskiej. [1] N. Rogińska, Gruba,
Prószyński i S – ka, Warszawa 2010, str. 7 Wydawnictwo Prószyński i S – ka, 2010
wtorek, 09 marca 2010
Odkąd
House M.D. w 2004 roku zagościł w stacji telewizyjnej Fox wciąż zyskuje nowych
fanów i zagorzałych przeciwników – wszystko za sprawą głównego bohatera na
którym koncentruje się fabuła serialu, a mianowicie doktora Gregory'ego
House'a, który jest głową zespołu diagnostycznego w szpitalu Princeton –
Plainsboro. House to postać dosyć charakterystyczna – lekarz, który w niczym
nie przypomina (a nawet znacząco odbiega) od obrazu lekarza zakodowanego w
naszych umysłach. Tym, którzy serial oglądają opis jest zupełnie niepotrzebny,
ale dla tych, którzy nie wiedzą o kim mowa (czy w ogóle ktoś taki jeszcze
istnieje?) wskażę na najbardziej charakterystyczne cechy: laska, dosyć
specyficzne poczucie humoru, niechęć do pacjentów i uzależnienie od środków
przeciwbólowych (a dokładniej jednego – vicodinu) oraz nagminne łamanie
regulaminu i nie przestrzeganie zasad panujących w szpitalu. Książka
„Dr House całkowice bez autoryzacji” stanowi zbiór ciekawie napisanych
esejów, które idealnie dopełniają serial. Autorzy tekstów analizują różne
aspekty serialu takie jak powstanie serialu i jego pierwowzór w postaci
Sherlock’a Holmes’a; model dysfunkcyjnej rodziny, z którą widz ma do czynienia
w wielu odcinkach serialu; filozofię
głoszoną przez House’a, to jak myśli, jak działa, czym się kieruje podejmując
takie, a nie inne decyzje – jednym słowem cały House, którego mimo wszystko
kochają (a nawet ubóstwiają) miliony osób na całym świecie. Moim
skromnym zdaniem na największą uwagę zasługują teksty skupione w trzeciej
części książki (Mózg House’a), gdzie w jednym z tekstów Linda Heath. Lindsay
Nicholas, Jonya A. Leverett (Jak myśli House) konfrontują sposób myślenia
postaci, która już na dobre dołączyła do panteonu telewizyjnych lekarzy, z
myśleniem lekarzy, z jakimi mamy do czynienia w realnym świecie. „Intuicyjna,
holistyczna i niewiarygodnie szybka strategia diagnostyczna wykorzystywana
przez House’a świetnie pasuje do telewizyjnego świata, w którym pacjenci muszą
być zdiagnozowani i wyleczeni w ciągu czterdziestu dwóch minut, wyłączając
przerwy na reklamę. Jednakże w realnym świecie błyskawiczne decyzje
niekoniecznie muszą być dobrymi decyzjami”[1]. Teoretycznie nie muszą, ale
praktyka często pokazuje nam, że lekarze pracujący przy nagłych przypadkach też
mają niewiele czasu na podjęcie jedynej słusznej decyzji i tak naprawdę w walce
o życie drugiego człowieka liczy się każda minuta. Zdaniem innej autorki - Nancy Franklin (Pomysły House’a. Dlaczego są lepsze niż
pomysły wszystkich innych?) na przykładzie House’a będzie się kształciło
następne pokolenie lekarzy telewizyjnych, ponieważ pokazuje on, że „nie
tylko myślenie, ale także ignorowanie, spanie, obrażanie, niszczenie,
zarażanie, myszkowanie i łykanie tabletek może prowadzić do rozwiązywania
trudnych przypadków. Oczywiście odpowiednie przygotowanie medyczne i
umiejętność naukowego myślenia także bywają przydatne” [2]. Susan Engel i
Sam Levin próbuje odpowiedzieć na pytanie, czy House potrafi podzielić się
swoją wiedzą – odpowiedzi jakich udzielają, są raczej potwierdzeniem tego, co
wielbiciel serialu widzi na własne oczy obserwując poczynania lekarza i jego
zespołu diagnostycznego. Obraz jaki generują teksty zawarte w tej książce,
pozwalają nam spojrzeć na House’a z innej strony – czytając te bardzo ciekawie
napisane eseje widzimy kogoś więcej, niż tylko aroganckiego zrzędliwego i
protekcjonalnego lekarza, który manipuluje pacjentami i współpracownikami. To
wszystko odchodzi w cień w konfrontacji z jego wiedzą medyczną i niesamowitą
inteligencją. „Jego encyklopedyczna pamięć, ostre jak brzytwa umiejętności
analityczne, ogromny zasób słownictwa i swoboda w posługiwaniu się nim, tempo
przetwarzania informacji każą przypuszczać, że jego iloraz inteligencji wynosi
co najmniej 150. Można jednak być niezwykle inteligentnym, nie posiadając
znacznej wiedzy z określonej dziedziny. Postać House’a zbudowana jest na obu
tych filarach – imponującym intelekcie oraz rozległej wiedzy medycznej”. Wielkim
plusem tej książki jest fakt, że autorzy nie silą się na niewiadomo jakie
naukowe dywagacje – są to raczej krótkie i treściwe artykuły, które momentami
zaskakują – aspekty na które zwracają uwagę autorzy i sposób, w jaki dokonują
swoich analiz, sprawiają, że momentami czytelnik czuje się zaskoczony i gani
się za to, że on sam nie wpadł wcześniej na to, co jak się okazuje, było
dziecinnie proste. „Dr
House. Całkowicie bez autoryzacji” to moim zdaniem książka skierowana typowo do
fanów serialu – można w niej odnaleźć liczne odwołania do poszczególnych
odcinków. Nie znaczy to wcale, że mogą po nią sięgnąć tylko i wyłącznie
zagorzali wielbiciele genialnego diagnostyka – być może właśnie lektura tej
książki zainspiruje kogoś do obejrzenia serialu. Osobiście wolałabym jednak
sięgnąć po książkę dopiero po zaznajomieniu się z serialem – nie lubię tej
dziwnej świadomości, która towarzyszy podczas czytania o czymś, o czym nie
wiem, bądź nie jest dla mnie do końca jasne – myślę, że nie tylko ja. Zatem
drogi czytelniku – zanim weźmiesz się za czytanie książki „Dr House całkowicie
bez autoryzacji” obejrzyj chociaż kilka odcinków serialu, żebyś wiedział z czym
będziesz miał do czynienia, a zanim sięgniesz po serial, dobrze się nad tym
zastanów – jeśli chcesz się od niego uzależnić to proszę bardzo. Ale nie miej
do mnie potem pretensji – pamiętaj, że Cię ostrzegałam. [1] L. Wilson, Dr House. Całkowice bez autoryzacji, Prószyński i S – ka,
Warszawa 2009, str. 150 [2]
Tamże, str.170 [3]
Tamże, str. 175
sobota, 06 marca 2010
Szymon Hołownia jest
dzisiaj dużo bardziej rozpoznawalny niż kiedyś, głównie za sprawą w występu w
programie „Mam talent” - wystarczy jednak spojrzeć na jego dorobek literacki
(gdzie wymienić można tytuły takie jak "Kościół dla średnio
zaawansowanych", "Tabletki z krzyżykiem", "Ludzie na
walizkach") i zajmowane stanowiska (redaktor działu kultury w Gazecie
Wyborczej, redaktor działu społecznego
w tygodniku Newsweek Polska) by utwierdzić się w przekonaniu, że dalej jest
wierny swoim poglądom, a praca u boku Marcina Prokopa w jednej z największych
stacji telewizyjnych nie miała negatywnego wpływu na to, co robił dotychczas i
czym zajmuje się obecnie. „Monopol na zbawienie” to
ostatnia książka Szymona Hołowni –
jednak zanim zacznę o nie pisać, chciałabym zwrócić uwagę na krótki
fragment zaczerpnięty ze wstępu do owej książki, który moim zdaniem w pełni
powinien wyjaśnić czym tym razem uraczył swoich czytelników Hołownia:
„Dlaczego Monopol na zbawienie? W największym skrócie – by podekscytować i na
chwilę zająć uwagę tych, dla których życie to gra, gdzie trzeba zdobywać
punkty, być w stałym pędzie do mety. Aby zbulwersować tych, których bulwersuje
wszystko. Wreszcie – by zagrzać do boju tych, którzy w tytule będą się
doszukiwać śladów katolickiego triumfalizmu"* - tak autor tłumaczy genezę
tytułu swojej książki, która zaskakuje tak treścią, jak i formą jej wydania, o
której będzie mowa w dalszej części tekstu. Autor pisze o religii tak, że aż
chce się go czytać – w pierwszej części „Monopolu na Zbawienie” („Przestrogi na
drogę”) opisane są „Przestrogi Boskie” - Hołownia proponuje nieco inne
spojrzenie na Dekalog, gdzie każde przykazanie stara się połączyć z jakąś
historią, która miała miejsce dawniej, bądź współcześnie – m.in. w przykazaniu
„Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną” snuje Hołownia rozważania na temat
Charlesa Mansaona – amerykańskiego przestępcy, założyciela sekty „Rodzina”; w
przykazaniu piątym daje nam do zrozumienia, że nigdy nie należy nikogo zabijać
– nawet gwałcicieli czy morderców – prawo od odbierania życia ma tylko i
wyłącznie Bóg. Z kolei druga część książki („Przestrogi ludzkie”) to krótkie,
zabawne i pouczające teksty. Trzecia część książki („Test”) łączy się z grą,
która została dołączona do „Monopolu...”. Muszę przyznać dodanie do książki gry
planszowej, która odsyła do poszczególnych części książki, było świetnym
pomysłem - wspaniale wzbogaca to odbiór i recepcję rozważań zawartych w
książce. W tej części możemy sprawdzić i wzbogacić swoją dotychczasową wiedzę.
Dla tych, co właśnie grają, Hołownia proponuje krótkie wyjaśnienie – dla tych,
którzy mają więcej czasu na lekturę, bądź zdecydowali się przeczytać „Monopol
na zbawienie” od deski do deski, autor daje możliwość przeczytania nieco
dłuższego rozważania stanowiącego rozwinięcie problemu, który pojawia się w
każdym pytaniu. W kolejnej, czwartej części
książki Szymona Hołowni przeczytać możemy słów kilka na temat różnych patronów
– „Patroni do wzięcia” stanowią krótki opis poszczególnych religijnych
opiekunów, ze wskazaniem na to, dla kogo dany patron będzie najbardziej
odpowiedni – i tak oto Hołownia proponuje nam patrona dla polityków, dla tych,
co chcą być wiecznie młodzi, dla pań w każdym wieku etc. Ostatnia część to krótki rozdział
zawierający odpowiedzi na pytania fundamentalne takie jak: „Po co jest Bóg?”,
„Dlaczego trzeba wierzyć w Kościele?”, „Dlaczego trzeba się modlić?”. „Monopol na zbawienie” pokazuje,
że Szymon Hołownia doskonale orientuje się we współczesnej kulturze i tematyce
religijnej, o której pisze w dosyć nowatorski sposób, a który nie powinien
urazić najbardziej gorliwego katolika. Poglądy i komentarze Hołowni są
niezwykle głębokie, a przy tym otwarte na to, co nowe – brak zadęcia, lekkość i
swoboda jego wypowiedzi sprawiają, że to, co pisze o Bogu, wierze i religii
lepiej trafia do czytelnika – zwłaszcza takiego, który w jakiś sposób oddalił
się od Kościoła, dla którego taka książka być może będzie pierwszym krokiem do
zastanowienia się nad swoim dotychczasowym postępowaniem i miejscem religii w
jego życiu. „Monopol na zbawienie”
z pewnością nie zbawi i nie przyciągnie do Kościoła wszystkich, którzy tę
książkę przeczytają – warto jednak po nią sięgnąć – z czystej ciekawości, z
chęci poszerzenia swojej wiedzy w tematyce religijnej bądź po prostu w celu
przeczytania czegoś wartościowego, co być może wniesie do naszego światopoglądu
coś nowego. ---------------------------- ------------------------ Wydawnictwo Znak, 2009
środa, 24 lutego 2010
Jeszcze nie została wydana,
a już wzbudziła niemałe zainteresowanie. Jedno jest już pewne – zakazu publikacji
nie będzie, więc zapewne jeszcze w weekend książka trafi na półki księgarń w
całej Polsce. Ciekawi mnie, co też Pan Artur Domosławski napisał o Ryszardzie Kapuścińskim.
Ciekawi z wielu względów – m.in. dlatego, że piszę pracę magisterską o cesarzu
polskiego reportażu, a także ze względu na moją osobistą sympatię do pisarza. A w poniedziałkowym
Newsweeku możecie co nieco o tej publikacji, a także
wywiad z publicystą Gazety Wyborczej, którego książka wzbudziła takie
zamieszanie. Jeden z artykułów można znaleźć w Internecie: |
Ostatnie wpisy
Zakładki:
01. Współpracuję z ...
02. Polskie strony o książkach
03. Wydawnictwa
04. Blogi książkowe
05. Blogi różne
06. Czytuje...
07. Nie tylko książki...
08. Muzycznie
09. Przeczytane w 2009
10. Przeczytane w 2008
11. Przeczytane w 2007
12. Przeczytane w 2006
Tagi
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||