Molowe recenzje książek

wtorek, 16 marca 2010

                       

Idzie wiosna - czas zdjąć grube kurtki i swetry, które miały za zadanie ogrzać nasze ciała, czas zrobić porządny rachunek sumienia, czas spojrzeć na własne ciało i zastanowić się, czy to co, co widzicie w pełni Wam odpowiada – jeśli odpowiedź jaka padnie brzmi „tak” napiszę, że cieszy mnie to ogromnie, jeśli to, co widzicie nie do końca Was satysfakcjonuję, napiszę, że nie ma co załamywać rąk – czas wziąć się za siebie i uwierzyć, że wszystko jest możliwe. Jeśli mi nie wierzycie, to zapraszam do lektury książki „Gruba” autorstwa Natalii Rogińskiej.


Bohaterką tej książki jest 28 letnia Magda zajmująca dobrze płatne stanowisko grafika komputerowego, a na dodatek czeka na klucze do własnego mieszkania. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że Magda ma otyłość, z której doskonale zdaje sobie sprawę, a z którą w żaden sposób nie może sobie poradzić. Magdzie nie jest łatwo – poczucie bezradności potęguje brak wsparcia ze strony matki czy osób pracujących z nią w firmie. Być może zamartwiałaby się dalej, gdyby nie przypadkowa wizyta u lekarz jej babci, który zmusił ją do zważenia się i zweryfikowania własnych poglądów na temat swojej aktualnej wagi. Główna bohaterka, która przez cały czas myślała, że jej waga nieco przekracza liczbę 100, doznała niemałego szoku, gdy przekonała się że zamiast 105 kg, waga wskazuje liczbę 127,5. Szok okazał się skuteczny – Magda podjęła walkę ze swoją wagą i samą sobą.


Przykład bohaterki książki Rogińskiej pokazuje nam, że aby coś miało sens, my sami musimy to dostrzec i chcieć to zmienić - nic na siłę, człowiek musi znaleźć się w sytuacji bez wyjścia, aby coś sobie uświadomić i zrozumieć. Nie da się nikogo zaciągnąć na siłownię i zmusić do ćwiczeń. Wszystko siedzi w psychice. Jest pewne granica, po przekroczeniu której, człowiek, który ma problem z otyłością, bądź nadwagą zaczyna sobie zdawać sprawę, że jest źle – w przypadku bohaterki książki jest to waga 127,5 kg. Granica, po przekroczeniu której, klapki które dotąd zasłaniały umysł i oczy takiej osoby znikają. Akceptacja i tolerancja są dobre, ale do czasu i nie wobec wszystkiego z czym mamy do czynienia – jak to pięknie nazwała bohaterka książki, to nie jest akceptacja, a ignorancja, która przychodzi z czasem, która wszystko ułatwia: „Grubym wszędzie jest miękko. Otulina z tłuszczu działa jak anatomicznie dopasowana poduszka i nawet na niewygodnych siedzeniach w autobusie pozwala czuć się komfortowo. Nic nie uwiera, nic nie gniecie. Tylko sprzączka od stanika wrzyna się w ciało, ale z czasem zaczynasz ją ignorować. Wiele rzeczy musisz nauczyć się ignorować. Spojrzenia kobiet, które traktują cię jak przestrogę przed zjedzeniem nadprogramowej ilości kalorii. Brak spojrzeń mężczyzn, którzy mają cię za istotę aseksualną. Ignorujesz też nowe kolekcje ubrań w sklepach, bo wiesz, że nie są dla ciebie. Ignorujesz słowa, które wykrzykują dzieci na twój widok. Ignorujesz przestrogi lekarzy. Ignorujesz promienie słońca. Ignorujesz własne odbicie w lustrze. Ignorujesz problem”[1].


Książka Rogińskiej doskonała lektura dla kobiet, które mają problem ze znalezieniem odpowiedniej siły motywującej – myślę, że bohaterka „Grubej” powinna ten problem skutecznie rozwiązać. „Gruba” to typowa lektura dla kobiet, która ma zadatki na literaturę nieco ambitniejszą, za sprawą przesłania, które autorka w niej zawarła – książka Natalii Rogińskiej uczy nas nie tylko tolerancji, ale pokazuje, że mimo wszystko z wagą można wygrać – chociaż na początku może wydawać się to ciężkie, to upór i ciężka praca dają pożądane rezultaty. Perypetie głównej bohaterki pokazują również, że poza własnym wytrwałością i determinacją, potrzebne są nam motywujące słowa ze strony bliskich nam osób. W książce bohaterkę motywowała jej babcia i przyjaciółka z pracy – natomiast rodzona matka na każdym kroku naśmiewała się z jej wagi i przejadania się. Mam nadzieję, że ta książka zmotywuje niejedną osobę do wzięcia się za siebie – ze względu na zdrowie i lepsze samopoczucie.


[1] N. Rogińska, Gruba, Prószyński i S – ka, Warszawa 2010, str. 7


Wydawnictwo Prószyński i S – ka, 2010

wtorek, 09 marca 2010

                         


Odkąd House M.D. w 2004 roku zagościł w stacji telewizyjnej Fox wciąż zyskuje nowych fanów i zagorzałych przeciwników – wszystko za sprawą głównego bohatera na którym koncentruje się fabuła serialu, a mianowicie doktora Gregory'ego House'a, który jest głową zespołu diagnostycznego w szpitalu Princeton – Plainsboro. House to postać dosyć charakterystyczna – lekarz, który w niczym nie przypomina (a nawet znacząco odbiega) od obrazu lekarza zakodowanego w naszych umysłach. Tym, którzy serial oglądają opis jest zupełnie niepotrzebny, ale dla tych, którzy nie wiedzą o kim mowa (czy w ogóle ktoś taki jeszcze istnieje?) wskażę na najbardziej charakterystyczne cechy: laska, dosyć specyficzne poczucie humoru, niechęć do pacjentów i uzależnienie od środków przeciwbólowych (a dokładniej jednego – vicodinu) oraz nagminne łamanie regulaminu i nie przestrzeganie zasad panujących w szpitalu.

 

Książka „Dr House całkowice bez autoryzacji” stanowi zbiór ciekawie napisanych esejów, które idealnie dopełniają serial. Autorzy tekstów analizują różne aspekty serialu takie jak powstanie serialu i jego pierwowzór w postaci Sherlock’a Holmes’a; model dysfunkcyjnej rodziny, z którą widz ma do czynienia w wielu odcinkach serialu;  filozofię głoszoną przez House’a, to jak myśli, jak działa, czym się kieruje podejmując takie, a nie inne decyzje – jednym słowem cały House, którego mimo wszystko kochają (a nawet ubóstwiają) miliony osób na całym świecie.

 

Moim skromnym zdaniem na największą uwagę zasługują teksty skupione w trzeciej części książki (Mózg House’a), gdzie w jednym z tekstów Linda Heath. Lindsay Nicholas, Jonya A. Leverett (Jak myśli House) konfrontują sposób myślenia postaci, która już na dobre dołączyła do panteonu telewizyjnych lekarzy, z myśleniem lekarzy, z jakimi mamy do czynienia w realnym świecie. „Intuicyjna, holistyczna i niewiarygodnie szybka strategia diagnostyczna wykorzystywana przez House’a świetnie pasuje do telewizyjnego świata, w którym pacjenci muszą być zdiagnozowani i wyleczeni w ciągu czterdziestu dwóch minut, wyłączając przerwy na reklamę. Jednakże w realnym świecie błyskawiczne decyzje niekoniecznie muszą być dobrymi decyzjami”[1]. Teoretycznie nie muszą, ale praktyka często pokazuje nam, że lekarze pracujący przy nagłych przypadkach też mają niewiele czasu na podjęcie jedynej słusznej decyzji i tak naprawdę w walce o życie drugiego człowieka liczy się każda minuta. Zdaniem  innej autorki - Nancy Franklin  (Pomysły House’a. Dlaczego są lepsze niż pomysły wszystkich innych?) na przykładzie House’a będzie się kształciło następne pokolenie lekarzy telewizyjnych, ponieważ pokazuje on, że „nie tylko myślenie, ale także ignorowanie, spanie, obrażanie, niszczenie, zarażanie, myszkowanie i łykanie tabletek może prowadzić do rozwiązywania trudnych przypadków. Oczywiście odpowiednie przygotowanie medyczne i umiejętność naukowego myślenia także bywają przydatne” [2]. Susan Engel i Sam Levin próbuje odpowiedzieć na pytanie, czy House potrafi podzielić się swoją wiedzą – odpowiedzi jakich udzielają, są raczej potwierdzeniem tego, co wielbiciel serialu widzi na własne oczy obserwując poczynania lekarza i jego zespołu diagnostycznego. Obraz jaki generują teksty zawarte w tej książce, pozwalają nam spojrzeć na House’a z innej strony – czytając te bardzo ciekawie napisane eseje widzimy kogoś więcej, niż tylko aroganckiego zrzędliwego i protekcjonalnego lekarza, który manipuluje pacjentami i współpracownikami. To wszystko odchodzi w cień w konfrontacji z jego wiedzą medyczną i niesamowitą inteligencją. „Jego encyklopedyczna pamięć, ostre jak brzytwa umiejętności analityczne, ogromny zasób słownictwa i swoboda w posługiwaniu się nim, tempo przetwarzania informacji każą przypuszczać, że jego iloraz inteligencji wynosi co najmniej 150. Można jednak być niezwykle inteligentnym, nie posiadając znacznej wiedzy z określonej dziedziny. Postać House’a zbudowana jest na obu tych filarach – imponującym intelekcie oraz rozległej wiedzy medycznej”.

 

Wielkim plusem tej książki jest fakt, że autorzy nie silą się na niewiadomo jakie naukowe dywagacje – są to raczej krótkie i treściwe artykuły, które momentami zaskakują – aspekty na które zwracają uwagę autorzy i sposób, w jaki dokonują swoich analiz, sprawiają, że momentami czytelnik czuje się zaskoczony i gani się za to, że on sam nie wpadł wcześniej na to, co jak się okazuje, było dziecinnie proste.

 

„Dr House. Całkowicie bez autoryzacji” to moim zdaniem książka skierowana typowo do fanów serialu – można w niej odnaleźć liczne odwołania do poszczególnych odcinków. Nie znaczy to wcale, że mogą po nią sięgnąć tylko i wyłącznie zagorzali wielbiciele genialnego diagnostyka – być może właśnie lektura tej książki zainspiruje kogoś do obejrzenia serialu. Osobiście wolałabym jednak sięgnąć po książkę dopiero po zaznajomieniu się z serialem – nie lubię tej dziwnej świadomości, która towarzyszy podczas czytania o czymś, o czym nie wiem, bądź nie jest dla mnie do końca jasne – myślę, że nie tylko ja. Zatem drogi czytelniku – zanim weźmiesz się za czytanie książki „Dr House całkowicie bez autoryzacji” obejrzyj chociaż kilka odcinków serialu, żebyś wiedział z czym będziesz miał do czynienia, a zanim sięgniesz po serial, dobrze się nad tym zastanów – jeśli chcesz się od niego uzależnić to proszę bardzo. Ale nie miej do mnie potem pretensji – pamiętaj, że Cię ostrzegałam.

 

[1] L. Wilson, Dr House. Całkowice bez autoryzacji, Prószyński i S – ka, Warszawa 2009, str. 150

[2] Tamże, str.170

[3] Tamże, str. 175

sobota, 06 marca 2010

                      


Szymon Hołownia jest dzisiaj dużo bardziej rozpoznawalny niż kiedyś, głównie za sprawą w występu w programie „Mam talent” - wystarczy jednak spojrzeć na jego dorobek literacki (gdzie wymienić można tytuły takie jak "Kościół dla średnio zaawansowanych", "Tabletki z krzyżykiem", "Ludzie na walizkach") i zajmowane stanowiska (redaktor działu kultury w Gazecie Wyborczej,  redaktor działu społecznego w tygodniku Newsweek Polska) by utwierdzić się w przekonaniu, że dalej jest wierny swoim poglądom, a praca u boku Marcina Prokopa w jednej z największych stacji telewizyjnych nie miała negatywnego wpływu na to, co robił dotychczas i czym zajmuje się obecnie.

 

„Monopol na zbawienie” to ostatnia książka Szymona Hołowni –  jednak zanim zacznę o nie pisać, chciałabym zwrócić uwagę na krótki fragment zaczerpnięty ze wstępu do owej książki, który moim zdaniem w pełni powinien wyjaśnić czym tym razem uraczył swoich czytelników Hołownia: „Dlaczego Monopol na zbawienie? W największym skrócie – by podekscytować i na chwilę zająć uwagę tych, dla których życie to gra, gdzie trzeba zdobywać punkty, być w stałym pędzie do mety. Aby zbulwersować tych, których bulwersuje wszystko. Wreszcie – by zagrzać do boju tych, którzy w tytule będą się doszukiwać śladów katolickiego triumfalizmu"* - tak autor tłumaczy genezę tytułu swojej książki, która zaskakuje tak treścią, jak i formą jej wydania, o której będzie mowa w dalszej części tekstu.

 

Autor pisze o religii tak, że aż chce się go czytać – w pierwszej części „Monopolu na Zbawienie” („Przestrogi na drogę”) opisane są „Przestrogi Boskie” - Hołownia proponuje nieco inne spojrzenie na Dekalog, gdzie każde przykazanie stara się połączyć z jakąś historią, która miała miejsce dawniej, bądź współcześnie – m.in. w przykazaniu „Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną” snuje Hołownia rozważania na temat Charlesa Mansaona – amerykańskiego przestępcy, założyciela sekty „Rodzina”; w przykazaniu piątym daje nam do zrozumienia, że nigdy nie należy nikogo zabijać – nawet gwałcicieli czy morderców – prawo od odbierania życia ma tylko i wyłącznie Bóg. Z kolei druga część książki („Przestrogi ludzkie”) to krótkie, zabawne i pouczające teksty. Trzecia część książki („Test”) łączy się z grą, która została dołączona do „Monopolu...”. Muszę przyznać dodanie do książki gry planszowej, która odsyła do poszczególnych części książki, było świetnym pomysłem - wspaniale wzbogaca to odbiór i recepcję rozważań zawartych w książce. W tej części możemy sprawdzić i wzbogacić swoją dotychczasową wiedzę. Dla tych, co właśnie grają, Hołownia proponuje krótkie wyjaśnienie – dla tych, którzy mają więcej czasu na lekturę, bądź zdecydowali się przeczytać „Monopol na zbawienie” od deski do deski, autor daje możliwość przeczytania nieco dłuższego rozważania stanowiącego rozwinięcie problemu, który pojawia się w każdym pytaniu. W kolejnej, czwartej części książki Szymona Hołowni przeczytać możemy słów kilka na temat różnych patronów – „Patroni do wzięcia” stanowią krótki opis poszczególnych religijnych opiekunów, ze wskazaniem na to, dla kogo dany patron będzie najbardziej odpowiedni – i tak oto Hołownia proponuje nam patrona dla polityków, dla tych, co chcą być wiecznie młodzi, dla pań w każdym wieku etc. Ostatnia część to krótki rozdział zawierający odpowiedzi na pytania fundamentalne takie jak: „Po co jest Bóg?”, „Dlaczego trzeba wierzyć w Kościele?”, „Dlaczego trzeba się modlić?”.

 

„Monopol na zbawienie” pokazuje, że Szymon Hołownia doskonale orientuje się we współczesnej kulturze i tematyce religijnej, o której pisze w dosyć nowatorski sposób, a który nie powinien urazić najbardziej gorliwego katolika. Poglądy i komentarze Hołowni są niezwykle głębokie, a przy tym otwarte na to, co nowe – brak zadęcia, lekkość i swoboda jego wypowiedzi sprawiają, że to, co pisze o Bogu, wierze i religii lepiej trafia do czytelnika – zwłaszcza takiego, który w jakiś sposób oddalił się od Kościoła, dla którego taka książka być może będzie pierwszym krokiem do zastanowienia się nad swoim dotychczasowym postępowaniem i miejscem religii w jego życiu.  „Monopol na zbawienie” z pewnością nie zbawi i nie przyciągnie do Kościoła wszystkich, którzy tę książkę przeczytają – warto jednak po nią sięgnąć – z czystej ciekawości, z chęci poszerzenia swojej wiedzy w tematyce religijnej bądź po prostu w celu przeczytania czegoś wartościowego, co być może wniesie do naszego światopoglądu coś nowego.


----------------------------

* S. Hołownia, Monopol na zbawienie, Wydawnictwo Znak, Kraków 2009, s. 7
------------------------

Wydawnictwo Znak, 2009

 

poniedziałek, 11 stycznia 2010



Ekologia, zdrowe i świadome żywienie to tematy które są coraz częściej poruszane i omawiane. Dawniej o szkodliwości wielu produktów nie mówiono. Z czasem różne badania uświadomiły nas, że wiele produktów nie ma na nas dobroczynnego wpływu, a wręcz przeciwnie – szkodzą naszemu zdrowiu. Dziś coraz częściej zwracamy uwagę na to, co jemy, jak jemy i gdzie, ale to wcale nie oznacza, że moda na szybkie, śmieciowe jedzenie odejdzie do lamusa – dopóki będzie wzięcie na tego typu przekąski i posiłki, takie jedzenie będzie dalej produkowane, a co grosza – kupowane i konsumowane. Całe szczęście, że są taki osoby jak Gillian McKeith, które mówią nam, co jest dobre, a co należy wyrzucić z naszego jadłospisu.

Gillian McKeith ma na swoim koncie kilka książek na temat zdrowego żywienia – „Program doskonałego zdrowia”, „Jesteś tym, co jesz”, a także książki, w których można znaleźć przepis, na doskonałą dietę, czy ostatnio wydana Encyklopedia żywienia. Przewodnik po zdrowym życiu” wg. mnie pozycja warta uwagi, ze względu na szalenie istotne informacje dotyczące nie tylko jedzenia, ale także chorób, w walce z którym może pomóc nam właściwe odżywianie się.

Encyklopedia żywienia. Przewodnik po zdrowym życiu” została podzielona na kilka części, które ułatiwją nam korzystanie z niej. Jak się okazuje, wcale nie musimy czytać jej od deski do deski, aby odnaleźć odpowiedź na nurtujące nas pytanie. Wystarczy w całości przeczytać wstęp i pierwsze trzy części, czyli jakieś 160 stron, aby z reszty książki móc korzystać wtedy, gdy tego potrzebujemy. Nie zachęcam (i myślę, że McKeith również) do ślepego wierzenia we wszystko, co jest napisane w tej książce, ani traktowania jej jako swoistego rodzaju wyroczni – to, co pomogło jednej osobie, nie koniecznie musi pomóc komuś innemu. Korzystanie z tej książki z wykorzystaniem zdrowego rozsądku jest jak najbardziej wskazane.

Książka McKeith to bardzo dobre kompendium wiedzy o żywieniu, ale nie tylko. Książka wyróżnia się na tle innych tego typu pozycji tym, jak została wydana – format przypominający kwadrat, dobrej jakości papier, świetne zdjęcia i rysunki pobudzające nasz apetyt. Niewielkim minusem tej książki jest niestety cena - książka kosztuje prawie sześćdziesiąt złotych. Jest to dosyć spory wydatek, biorąc pod uwagę niedawny kryzys.

Wydawnictwo Rebis, 2009

czwartek, 07 stycznia 2010


O rany! Jak ten czas szybko mija! Trudno jest mi uwierzyć, że minęło już pięćdziesiąt lat od opublikowania po raz pierwszy historii, której głównym bohaterem był kilkuletni chłopiec – chłopiec, który od samego początku skradł serca zarówno dzieci jak i dorosłych. Ale to prawda! Mikołajek bawi najmłodszych i tych nieco starszych od 29 marca 1959 – wtedy to właśnie ukazała się pierwsza historyjka o przygodach Mikołajka.

Tym razem w ręce czytelnika została oddana świetnie wydana książka „Nieznane przygody Mikołajka”, w której znaleźć można 10 historyjek, w tym 9 dotąd niepublikowanych (niestety – tylko tyle, a może aż tyle...). Pierwsze opowiadanie z niedawno wydanej książki ukazało się 29 marca 1959 r. w wielkanocnym numerze pisma "Sud-Ouest Dimanche". Ciekawostką jest fakt, że Sempé., który tworzył ilustracje do historyjek Goscinny’ego o niczym nie wiedział - ilustracje do książki wykonał współcześnie. Z pewnością nie będę obiektywna, gdy napiszę, że prezentują się one jeszcze lepiej, ponieważ przy ich tworzeniu Sempé wykorzystał farby akwarelowe, dodając swoim ilustracjom jeszcze większego uroku – wręcz tchnął w nie nowe życie.

Sam Mikołajek to wciąż ten sam uroczy dzieciak – mimo upływu czasu nie zmienił się ani trochę. Wciąż wywołuje uśmiech, a nawet wybuchy gromkiego śmiechu u wielu osób, wciąż zachwyca. Towarzyszą mu jak zwykle Alcest, Euzebiusz, Gotfryd, Ananiasz, Rufus, Maksencjusz, Kleofas, Joachim.

Niesamowitym jest fakt, że tak wiele osób - od najmłodszych po tych, którzy już dawno przestali być dziećmi - sięga po historyjki, których bohaterem jest Mikołajek.  Fenoment ten bierze się z pewnością z tego,  jak owe historyjki zostały napisane. To oczywiste, że głównymi adresatami są dzieci, ale to w jaki sposób pisał Goscinny sprawiło, że Mikołajek  spodobał się również dorosłym, którzy  zaczytując się w jego książkach, powracają do dzieciństwa, bądź po prostu miło spędzają czas.

Cóż mogę jeszcze napisać? Sięgając po tę książkę, z pewnością spędzicie miło czas. Dobra zabawa i satysfakcja z lektury gwarantowana! Tym, którzy mieli wcześniej do czynienia z Mikołajkiem, nie muszę polecać „Nieznanych przygód Mikołajka”, a tym, którzy jeszcze się z nim nie spotkali, napiszę, że mają wiele do nadrobienia.

Z wydaniem książki zbiegła się premiera filmu „Mikołajek”, który wszedł do polskich kin na początku grudnia. Czy można wyobrazić sobie lepsze urodziny?

Wydawnictwo Znak, 2009
poniedziałek, 14 grudnia 2009

                   

Felieton to obok reportażu mój ulubiony gatunek dziennikarski. Uwielbiam felieton ze względu na krótką formę, lekkość, zwiewność, pozorną nieistotność oraz posługiwanie się literackimi środkami ekspresji. Bez problemu można rozróżnić ten gatunek po stałej pozycji w dziennikach i tygodnikach oraz poruszaniu w lekkiej formie różnych problemów życia codziennego oraz aspektów społecznych. Lekkość, która się cechą charakterystyczną felietonu odnaleźć można w tekstach Olgi Lipińskiej – postaci znanej i lubianej przez wielu ze względu na jej cięty język i ogromne poczucie humoru.

Olga Lipińska to kobieta o bogatym doświadczeniu życiowym i scenicznym – w latach 1977 –1990 była dyrektorką Teatru Komedia w Warszawie, wyreżyserowała kilkadziesiąt spektakli Teatru TV, stworzyła kabarety wśród których wymienić należy Właśnie leci kabarecik oraz Kabaret Olgi Lipińskiej. Na tym nie kończy się jej działalność – od kilkunastu lat pisze felietony, które publikowane są na łamach miesięcznika Twój styl. To właśnie te felietony ukazały się w 2009 roku w książce „Co by tu jeszcze...”, a wcześniej w książce „Mój pamiętnik potoczny”.

Tematyka jaką porusza Olga Lipińska w swoich felietonach jest bardzo szeroka. Reżyserka opisuje swoje życie artystyczne, politykę i różne jej przeobrażenia, swoich przyjaciół, problemy jakie spotyka na swojej drodze, swoje obserwacje i przemyślenia. Ta różnorodność sprawia, że teksty Lipińskiej są ciekawe i nie nużą. Lipińska ma bardzo ciekawy styl pisania – swobodnie posługuje się językiem, a elementy takie jak fakty, wrażenia, obrazy, wspomnienia łączą się bez zgrzytów w zgrabną całość. Jej myśli są w ciągłym ruchu, a co najważniejsze – nie są chaotyczne.

W czasach, kiedy felieton może napisać każdy, kto z informacji wyczytanych w prasie, obejrzanych w telewizji bądź wysłuchanych z radiu potrafi sklecić byle jaki tekst, felietony Lipińskiej wybijają się znacząco, przede wszystkim, ze względu na operowanie przekornym poczuciem humoru i wplataniem celnych dygresji. „Co by tu jeszcze...” to książka nie tylko dla fanów Lipińskiej, ale przede wszystkim dla osób, które lubią felietony nietuzinkowe i oryginalne.

Wydawnictwo Prószyński i S-ka

Ocena 7,5/10

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:
01. Współpracuję z ...
02. Polskie strony o książkach
03. Wydawnictwa
04. Blogi książkowe
05. Blogi różne
06. Czytuje...
07. Nie tylko książki...
08. Muzycznie
09. Przeczytane w 2009
10. Przeczytane w 2008
11. Przeczytane w 2007
12. Przeczytane w 2006
Liczniki na stonę