Artykuły i ciekawostki

wtorek, 08 grudnia 2009

Metamorfozy prozy

Refleksje post factum

Wydania pośmiertne często tak bardzo różnią się od oryginalnych, że to wydawcy powinni być podpisani jako ich autorzy.

Sarah Churchwell

Nieżyjący pisarze byli w tym roku wprost rozchwytywani. W Wielkiej Brytanii opublikowano „nowe” dzieła Raymonda Carvera, który zmarł 20 lat temu, Vladimira Nabokova, nieżyjącego od 30 lat, Ernesta Hemingwaya, który pożegnał się z tym światem prawie 50 lat temu, oraz Rolanda Barthesa, Jacka Kerouaca, Williama Styrona, Grahama Greene’a, Kurta Vonneguta, a nawet Marka Twaina. Pośmiertne wydania powieści Ralpha Ellisona i Davida Fostera Wallace’a mają się ukazać w przyszłym roku.

Reklama

Ostatnie słowo

Wydawca Fostera Wallace’a przyznaje, że sama nie ma pojęcia, która wersja książki – ze wszystkich, jakie autor pozostawił – podobała jej się najbardziej. Co nie przeszkodziło jej skompilować z nich jednej powieści. Znany zbiór opowiadań Raymonda Cartera „O czym mówimy, kiedy mówimy o miłości?” przeszedł w pewnym sensie proces odwrotny: wdowa po pisarzu, Tess Gallagher, wydała opowiadania na nowo jako zbiór pod tytułem „Beginners”, czyli, jak twierdzi, w wersji „oryginalnej”, zanim zostały one bezlitośnie pocięte, opatrzone poprawkami i otrzymały nowe tytuły wskutek poprawek wydawcy Carvera, Gordona Lisha. Ostatnia, niedokończona książka Nabokova zostanie niedługo wydana przez wydawnictwo Penguin pod tytułem „The Original of Laura” jako „powieść we fragmentach” (Novel in Fragments), pomimo że pisarz prosił swą żonę Verę i syna Dymitra, by spalili manuskrypt, gdyby zmarł przed jego ukończeniem.

Pamiętnik Ernesta Heming¬waya „Ruchome święto” z 1964 roku, który wszedł już do kanonu klasyki literatury, został „odnowiony” przez jego wnuka – włączono do niego rozdziały, które uprzednio się tam nie znalazły.

Można by twierdzić – i wiele osób istotnie to czyni – że takie zabiegi przynoszą największą korzyść nie autorom czy czytelnikom, lecz wydawcom, oficynom wydawniczym i księgarniom. Jednakże, zdaniem dzisiejszych wydawców i potomków pisarzy, niektóre z tych nowych publikacji mają być ofiarą poświęconą pamięci autorów, obiecują ujawnienie ich ostatnich słów, pokazanie czytelnikom ich prawdziwych uczuć. Gallagher stoczyła ciężką walkę, by wydać zbiór opowiadań Carvera „Beginners”. Chciała pokazać światu, że opowiadania znane jako zbiór pod tytułem „O czym mówimy, kiedy mówimy o miłości?” z 1980 roku nie są tak naprawdę tymi samymi opowiadaniami, które napisał Carver. Wnuk Hemingwaya, Seán, podobnie się upiera, że pierwsze wydanie „Ruchomego święta”, pośmiertnie opracowana wersja manuskryptu, którego Hemingway nie ukończył, nie oddaje ani treści jego zapisków, ani jego prawdziwych odczuć.

Wszystkie te kontrowersyjne wydania to nie żadne odchylenia od normy, a jedynie kontynuacja długiej tradycji pośmiertnego odnawiania dzieł. Czytelnicy nie zdają sobie sprawy, jak wiele klasycznych powieści zostało poprawionych po śmierci ich autorów. Książki wydawane pośmiertnie muszą oczywiście zostać zredagowane, jednak skala redaktorskiej ingerencji często jest ukrywana, a nawet fałszywie przedstawiana przez osoby, w których żywotnym interesie leży sukces ostatecznego produktu. Nasuwa się pytanie: do kogo należy ostatnie słowo?

Wielu czytelników nie zdaje sobie sprawy z faktu, że Herman Melville nie skończył przed śmiercią książki „Billy Budd”. Okazało się, że wszelkich poprawek i wykreśleń w manuskrypcie dokonała jego żona, choć pierwsi wydawcy byli przekonani, że pochodzą one od samego pisarza. Przepisywali więc cały tekst i porządkowali go, by stał się „bardziej przejrzysty”. Autorska wersja wydana została dopiero w latach 60. ubiegłego wieku, 80 lat po śmierci Melville’a. Starsze wydania wciąż są łatwo dostępne. W rezultacie zwykły czytelnik, który kupuje książkę, nie zwracając uwagi na wydanie, przeczyta być może dzieło współtworzone przez samego Melville’a, jego żonę i trzech czy czterech wydawców, których pisarz nie widział na oczy.

Praca zbiorowa

Małżonkowie i krewni często przykładali rękę. Powieść „Mistrz i Małgorzata” Michaiła Bułhakowa została dokończona przez jego żonę, zbiór wierszy „Ariel” Sylwii Plath dobrał i ułożył jej mąż, Ted Hughes, z którym zresztą była w separacji. Niektóre z wyrzuconych wierszy były o nim. Kochanka brata Emily Dickinson była jej pierwszym wydawcą, drugim – jej siostrzenica. Obie panie poprawiały nie tylko błędy ortograficzne autorki, ale także jej sposób wysławiania się i rytm wierszy, wygładzały niezręczności językowe i nadawały przesłodzone tytuły tym, które tytułów nie miały wcale. Wszystkie te poprawiane wersje wciąż są w obiegu.

Książka „Ruchome święto” Hemingwaya, wydana w trzy lata po śmierci autora, miała jeszcze bardziej skomplikowaną historię. Pamiętnik pośmiertnie wydany przez czwartą żonę pisarza, Mary, to nostalgiczna opowieść o pierwszym małżeństwie pisarza z Hadley Richardson w Paryżu. Wspomnienia kończą się na roku 1964, kiedy to Hemingway porzucił Hadley dla swej drugiej żony Pauline. Mądry po szkodzie, z goryczą obwinia Pauline o uwiedzenie go. Niektórzy czytelnicy mogą nie uznać Mary za całkowicie bezstronną w ocenie uczuć Hemingwaya wiążących go z dwoma pierwszymi małżeństwami. Ponadto wnuk pisarza, Seán, „poprawił” tekst tak, by zmienić sposób, w jaki przedstawiona została w nim jego babka, Pauline. Wygląda na to, że przy pośmiertnym wydawaniu dzieł literackich na pierwszy plan wychodzą interesy krewnych zmarłego pisarza, czyli jego „literackich spadkobierców”. To oni są emocjonalnie (i finansowo) zaangażowani, więc zależy im na publicznym wizerunku twórcy.

Przypadek Carvera stał się tak kontrowersyjny po części dlatego, że nieświadomie (przynajmniej na początku) pisarz oddał się w ręce bezwzględnego wydawcy. Dziś, po śmierci pisarza, poprawki się usuwa. W 1980 roku Carver złożył w wydawnictwie Lisha zbiór opowiadań „Beginners”. Był już wtedy szanowanym pisarzem, choć daleko mu było do sławy. Lish przez długie lata dbał o jego karierę, wspomagał go od początku, także w latach choroby alkoholowej pisarza, kiedy Carver postanowił zapić się na śmierć. Lish zmniejszył manuskrypt zbioru „Beginners” o ponad połowę. Niektóre opowiadania – między innymi „Where Is Everyone?”, „So Much Water So Close to Home” i „A Small Good Thing” – zostały skrócone o 70–80 procent. Zmienione zostały także tytuły: „Where Is Everyone?” zamieniono na „Mr. Coffee and Mr. Fixit”.

Carterowi ten tytuł bardzo się nie podobał. Poza tym bohaterowie dostali nowe imiona. Lish nie tylko mocno skrócił opowiadania, ale także je przeredagował, sprawił, że ich zakończenia były mniej jednoznaczne, uczynił je bardziej mrocznymi, pełnymi przemocy i okrucieństwa, bliższymi prostemu czytelnikowi, a za to pozbawionymi intelektualnych odniesień (nawiązania do pisarzy takich jak Italo Svevo zostały po prostu wycięte). Lish zmienił ton opowiadań i przedstawiany w nich stosunek pisarza do kobiet. Cięcia Lisha były tak głębokie, liczne i brutalne, że Carver opisał je jako „chirurgiczną amputację i transplantację”. Zareagował słynnym dziś cri de coeur, wyjaśniając Lishowi w liście swe przerażenie: „Nie chciałbym, żeby moje słowa zabrzmiały melodramatycznie, ale podniosłem się z grobu, by znów zacząć pisać opowiadania… Szczerze mówiąc, tu chodzi o moje zdrowie psychiczne”.

Lish zadzwonił do Carvera i przekonał go jakoś do zaakceptowania edytorskich zmian, a następnie wydał zbiór opowiadań, który przyniósł pisarzowi sławę. Książka stała się na tyle istotną pozycją literatury, że powstał nawet przymiotnik „carverowski”. Jego prozę zaczęto określać jako minimalistyczną. Nienawidził tego określenia, dziś rozumiemy, dlaczego: cały minimalizm był tak naprawdę dziełem Lisha, nie Carvera. Lish był co prawda pozbawiony taktu i skrupułów, ale to dzięki jego decyzjom Carver zyskał sławę pisarską, choć tak naprawdę sukces opowiadań sprawił, że stał się więźniem stylu, który w rzeczywistości mu nie odpowiadał.

Ostatecznie Carver zerwał współpracę z Lishem i trzeci zbiór opowiadań „Cathedral” wydał w 1984 roku. Uważał, że ten właśnie tom jest punktem zwrotnym w jego twórczości, a wielu czytelników twierdzi, że to jego najlepsze dzieło. Opowiadania w zbiorze „Cathedral” są pełniejsze, bogatsze, pisane bardziej potoczystym językiem.

Wielu czytelników uważa, że geniusz Carvera rozkwitł, kiedy pisarz rozstał się z kieliszkiem i zaczął wieść ustabilizowany żywot u boku Gallagher, z którą związał się w 1979 roku. Prawda jest taka, że jego wcześniejsze opowiadania są tak posępne z powodu problemów nie tyle z alkoholem, ile z wydawcą. Gallagher utrzymuje, że zawsze był bardziej ekspresyjnym autorem, niż sugeruje jego reputacja. Ale czy naprawdę chciałby pośmiertnego wydawania swych opowiadań?

Zdając sobie sprawę ze swej śmiertelnej choroby (Carver miał nowotwór płuc), pisarz sam wydał ostateczną edycję opowiadań zebranych w zbiór „Where I’m Calling From” (1988). Znalazły się w nim zarówno opowiadania dawne, jak i siedem nowych. Niektóre z tych wcześniejszych przywrócone zostały do stanu sprzed interwencji Lisha.


... (Dlaczego blox nie daje więcej możliwości? Musiałam zamieścić tylko cześć tego ciekawego artykułu, ze względu na to, że dopuszczalna objętość notki to 16kb. Więcej przeczytacie klikając na adres poniżej, ale i tam nie ma całości -  bo
pełna wersja artykułu dostępna w aktualnym wydaniu "Forum". Myślę, że zainteresowani sięgną po papierową wersję tygodnika) ...

Źródło: www.tygodnikforum.pl

środa, 22 lipca 2009
Tradycyjnie już - jak co roku - tygodnik Przekrój radzi co przeczytać. U mnie tylko fragment obszernego przewodnika liczącego 7 stron - po więcej zapraszam tutaj.

                 

Czytać należy zawsze. Zgodnie z nową świecką tradycją polecamy jednak górę książek i morze autorów specjalnie pasujących do szaleństw urlopowej lektury

Wszystko jest jasne i nie będziemy obrażaćniczyjej inteligencji niekończącą się litanią zachęt do czytania. Wypada jednak wytłumaczyć się z tegorocznego kształtu naszej czytelni. Otóż inaczej niż przed rokiem (jak było przed rokiem, sprawdzić można na www.przekroj.pl) spreparowaliśmy to dziełko kolektywnie. W badaniach udział wzięli i zdali z nich sprawę: Małgorzata Sadowska, Olga Woźniak, Mariusz Herma, Wojciech Mikołuszko, Tadeusz Nyczek, Piotr Stanisławski i wyżej (i niżej) podpisany, czyli połączone siły „Przekrojowych” działów cywilizacji i kultury, którymi kierowały wyłącznie prywatne upodobania i niejakie wyobrażenie o tym, co też by państwu mogło sprawić lekturową frajdę.

Całość podzielona jest na kilka odrębnych bloczków gatunkowo-tematycznych przetykanych eklektycznymi „pakietami” Nyczka i „koktajlami” Sendeckiego, co – mamy nadzieję – sprawia, że książkowa monokultura i książkowe multikulti współżyją w miarę harmonijnie.
Polecamy książki niekoniecznie najnowsze, ale dostępne w księgarniach, jeśli nie tradycyjnych, to internetowych – z małymi wyjątkami (Foks, porządniejsze wydania Słowackiego, część fantastycznych pozycji fantastycznych), po które trzeba się pofatygować do biblioteki, antykwariatu albo do internetowych serwisów aukcyjnych.

Ze zrozumiałych względów nie mogliśmy napisać o wszystkim. Niekiedy intencjonalnie. Na przykład o skandynawskich kryminałach napiszemy niedługo oddzielnie i obszernie. Jednakże zgodnie z „Przekrojową” tradycją „niepisania o” o niektórych książkach nie napisaliśmy szczególnie. Bystra czytelniczka dostrzeże od razu, że szczególnie nie napisaliśmy o książkach dziś najpopularniejszych. A to z dwóch powodów. Po pierwsze, uznaliśmy, że tak dobrze sobie owe książki radzą, że znajdą (bo wciąż znajdują, co nas bardzo cieszy) rzesze czytelników i bez naszej skromnej rekomendacji. Po drugie, raczej słabo się na nich, niestety, wyznajemy. Tak więc rażąca może niektórych nieobecność nowej powieści Katarzyny Grocholi, zmierzchających wampirów, samotnych sieci i rozlewisk nie oznacza wcale, że źle im życzymy, nie lubimy ich i mamy coś przeciw, ale tyle tylko, że ni w ząb nie wiemy, o co w nich chodzi, bośmy ich jakoś nie zdołali przeczytać.

Co się pewnie nie zmieni.No, ale na świecie nie ma rzeczy doskonałych. Poza doskonałymi książkami.

Marcin Sendecki

---------------------------------------------------------------------------------------

Koktajl bardzo przyjemny

Koktajl, więc „Bar dobrych ludzi” J.R. Moehringera (Sonia Draga) będzie jak znalazł. Autobiograficzna opowieść o dorastaniu na Long Island w latach 70. i 80. (z lokalnym barem i literaturą w dużych rolach) jest solidna i wzruszająca. Żeby nie wzruszyć się jednak za bardzo, weźmy wznowione właśnie arcyzabawne arcydziełko Jaroslava Haška „Historia Partii Umiarkowanego Postępu (w Granicach Prawa)” (WL) – rzecz dla zwolenników wszelkich partii rządzących i opozycyjnych pospołu. Potem znów skok do Stanów i „Humpty Dumpty w Oakland” (Rebis), nieznana dotąd u nas nie fantastyczna, lecz obyczajowa i głównie przez to ciekawa powieść Philipa K. Dicka. Jeszcze chwila oddechu przy kulturowej historii palenia, którą kreśli Krzysztof Teodor Toeplitz w dziarskim „Tytoniowym szlaku” (Nowy Świat) i możemy wybrać się na Wyspy Brytyjskie w prześmiesznych „Zapiskach z małej wyspy” Amerykanina z kukurydzianego Iowa Billa Brysona.
Marcin Sendecki

Opowieści o niezwyczajnym szaleństwie

Hugo-Bader w Rosji, Moran na Pacyfiku, a Godwin w Zimbabwe

Jeśli lubicie – także w wakacje – schodzić z utartych szlaków, koniecznie spakujcie do plecaka „Białą gorączkę” (Czarne), w której Jacek Hugo-Bader daje kapitalny portret mieszkańców Rosji i jej dawnego imperium. Ekstremalna bieda i ekstremalne bogactwo, duchowe wzloty sięgające nieba i upadki na samo dno. Poznajcie mientów i wołosatych; zajrzyjcie w serce tajgi, gdzie wciąż działają szamani i gdzie tytułowa alkoholowa gorączka wyniszcza i pogrąża w szaleństwie. Ale przecież to ostatnie dopaść może człowieka także w raju. Tropenkoller – tak niemieccy koloniści z wysp dzisiejszej Melanezji nazywali załamanie nerwowe, jakie dopada białego człowieka zbyt długo przebywającego w tropikach. Autor „Za Morzem Koralowym” (PIW) Michael Moran wyprawia się śladem awanturników, marzycieli i badaczy (w tym Bronisława Malinowskiego!) na zachodni Pacyfik, snując niesamowitą opowieść o czasach dawnej świetności i dzisiejszym upadku pięknych wysp: o kanibalach, tajemniczych rytuałach, niezłomnych misjonarzach; o raju podszytym melancholią. Równie melancholijna – i równie fascynująca – jest książka Petera Godwina „Gdzie krokodyl zjada słońce” (W.A.B.). Jej autor opisuje losy afrykańskiego Zimbabwe, bogatego kraju doprowadzonego na skraj nędzy i szaleństwa przez Roberta Mugabe. A wszystko z perspektywy własnej rodziny białych osadników. Przy okazji Godwin odkrywa rodzinne sekrety i tajemnice, które prowadzą go – tak, tak! – do Polski.

Małgorzata Sadowska

Z Odyseuszem i Kapuścińskim

Tadeusz Nyczek poleca cztery wyborowe podróże

Oto ojciec wszystkich podróżników, odyseusz. Oto „Pokój na Itace” Sandora Máraiego (Czytelnik), pisarza, którego podróż przez nasze księgarnie jest w ostatnich latach wyjątkowo spektakularna. Márai bawi się mitem odysejskim w sposób arcybłyskotliwy i zazwyczaj bardzo odległy od Homerowego kanonu. Na przykład Odys przypomina bardziej Casanovę niż wojaka, bo jest to w ogóle powieść o zgubnych, acz wspaniałych stronach ludzkiej i boskiej miłości. I koneser się zachwyci, i miłośniczka komedii romantycznych.

Naszym najsłynniejszym podróżnikiem ostatnich dziesięcioleci był niewątpliwie Ryszard Kapuściński. Ale tej książki nie napisał on sam, a jego 14 tłumaczy pod wodzą Bożeny Dudko, redaktorki i opiekunki archiwum R.K. Opowieści o osobistych i zawodowych kontaktach przekładowców z przekładanym noszą tytuł „Podróże z Ryszardem Kapuścińskim” (Znak), a jest to ich część druga, bo pierwsza ukazała się dwa lata temu. To Kapuściński powiedział, że połowę znanej sobie literatury każdy czytelnik zawdzięcza tłumaczom, więc cześć im i pełna chwała. Sam taki szacunek każdemu okazywał, czego dowodem wszystkie tu zebrane opowieści, niekiedy prawdziwie wzruszające.

Pamiętacie „Winnicę w Toskanii” Ferenca Máté, Węgra obieżyświata, który pomieszkawszy w Kanadzie, Kalifornii, Paryżu i Rzymie, pojechał do Toskanii, zakochał się w niej i osiadł tam na stałe jako producent wybornego ponoć wina? Teraz wyszła jego wcześniejsza toskańska książka, „Wzgórza Toskanii” (Prószyński i S-ka), opowiadająca o początkach miłości pana Ferenca do tej przepięknej krainy. Uwaga: sami nie wiemy, czy te książki polecać, bo im więcej ludzi zachęcą do podróży w te rejony, tym gorzej i dla Toskanii, i dla nas, którzy też Toskanię kochamy – a nie przepadamy za tłumem.

Ta książka nazywa sięwprawdzie groźnie „Podróż bez końca” (Zeszyty Literackie), ale spokojnie, ma zaledwie 130 stron. Za to jest gęsta jak wojskowa grochówka od rzeczywistych i duchowych pejzaży Austrii, Czech, Szwecji, Rosji, Wietnamu, Norwegii, a też Polski i Wysp Kanaryjskich. Jej autorem jest Claudio Magris, Włoch z Triestu, jeden z największych stylistów i eseistów Europy. Jego czytanie to jak zanurzenie się w Morzu Koralowym, gdzie łatwo o zachwyt, ale i zaplątanie się w algi i ukwiały.

Tadeusz Nyczek

...

Źródło: Przekrój

poniedziałek, 13 kwietnia 2009
Francuscy krytycy zatęsknili za dawnymi dobrymi czasami, kiedy literatura była źródłem namiętności nie mniejszym niż polityka, pisarze przesiadywali w tych samych salonach, kochali się w tych samych aktorkach, zaś nienawiść do kolegi była inspiracją niejednego arcydzieła.

W nastrój nostalgiczny wprowadziła ich książka "Une historie des haines d’ecrivains. De Chateaubriand a Proust" (Historia nienawiści pisarzy. Od Chateaubrianda do Prousta), która przytacza setki smakowitych anegdot z XIX wieku świadczących o tym, o ile barwniejsze było ówczesne życie literackie niż dzisiejsza grzeczność i poprawność.

Najsłynniejszą figurą geometryczną francuskiego XIX wieku literackiego był z pewnością trójkąt Victor Hugo, jego żona Adele oraz największy ówczesny krytyk Sainte-Beuve. Smaczku sprawie dodawał fakt, że panowie ogromnie się przyjaźnili. Znajomość jednak podszyta była zawiścią krytyka. Nie mogąc odebrać genialnemu koledze sławy ani talentu, Sainte-Beuve znalazł więc inny sposób: odebrał mu żonę, przynajmniej na parę lat. A że były to czasy romantyczne, uznał za stosowne opowiedzieć o swojej miłości całemu światu w powieści "Volupte" (Rozkosz). Mniej więcej w tym samym czasie Sainte-Beuve popełnił nieostrożność przejechania się w recenzji po innym wielkim pisarzu, Honoriuszu Balzaku. Ten w zemście postanowił upokorzyć go, sam pisząc "Rozkosz" od nowa - oczywiście lepiej. W ten sposób powstało arcydzieło "Le Lys dans la vallee". Później krytyk czynił Balzakowi liczne afronty, demonstracyjnie unikał kolacji z jego udziałem, by przypadkiem nie zakopać topora wojennego, słusznie kalkulując, że mieć go za wroga to doskonała reklama.

Zola to głupota w czystej postaci

Wygląda na to, że francuski światek literacki nie był też szczególnie świętoszkowaty wobec swoich wielkich autorytetów. Młody Wiktor Hugo pisał o największym wówczas starym wieszczu Chateaubriandzie: "Staje się zrzędą i zawistnikiem. Przykra rzecz patrzeć na lwa, który szczeka". Z kolei Chateaubriand nienawidził wszystkich młodych zdolnych i regularnie poniżał ich na salonach. Bracia Goncourtowie wspierali Emila Zolę, dopóki nie zaczął odnosić sukcesów. Potem zaczęli z satysfakcją powtarzać za Flaubertem, że Zola to "głupota w czystej postaci" i regularnie oskarżali go o plagiaty. Hugo, kiedy zdobył sławę, również chciał być pewien, że jest jedyny. Niezwykle rozsierdził go sukces pierwszej powieści George Sand "Indiana". Kiedy pewien krytyk śmiał napisać o książce pozytywnie, odpowiedział: "Jak to, gamoniu, twierdzisz, że »Indiana« to najlepsza książka? Masz więc »Katedrę Marii Panny« za dziwkę?". I choć przed Victorem Hugo, dożywającym w glorii sędziwego wieku lat 83, płaszczono się niebywale, to po cichu życzono mu rychłej śmierci. Kiedy to upragnione przez młodych wydarzenie nastąpiło, Emil Zola nie omieszkał poinformować wnuka Hugo w liście, że teraz nadszedł czas jego, Emila, triumfów. Na czuwanie przy zmarłym wieszczu nie przyszedł ani jeden wielki pisarz - sama drobnica literacka, a i wśród niej nastrój był szampański, zaś impreza skończyła się popijawą.

Francuscy krytycy tęsknią do tej intensywności życia literackiego, twierdząc, że nic podobnego już dzisiaj się nie zdarza. Bernard Pivot pytał ostatnio nostalgicznie na łamach "Dziennika", gdzie są czasy, kiedy Sainte-Beuve kradł żonę Victora Hugo. Podobne pytanie można zadać, patrząc na polskie życie literackie. Tu również panuje spokój jak na pensji dla panien. Gdzie jest dzisiejszy Mickiewicz tępiący Słowackiego? Gdzie jest nasz "Kordian" pisany po to, by dopiec koledze? W ostatnich latach jeden Sławomir Sierakowski wydaje się interesować pisarzy jako przedmiot złośliwości. Pojawia się w "Pawiu królowej" Masłowskiej, w "Dolinie nicości" Wildsteina, w kryminale Świetlickiego "Trzynaście".

To skandal, że nie ja dostałem Nobla!

Czy relatywny spokój świadczy jednak o tym, że w naszym świecie literackim nienawiści nie istnieją? "Wzajemna niechęć to stały punkt nie tylko obyczaju literackiego, ale pewnie wszystkich cechów. Czesław Miłosz życie literackie kwitował taką metaforą: chodzi tylko o to, by nakłuć balonik kolegi. Że obecnie jest to choroba bezobjawowa, o niczym nie świadczy" - twierdzi Jerzy Pilch. Bezobjawowa być może dlatego, że komunizm i polityczna poprawność stłumiły namiętności szalejące jeszcze przed wojną, kiedy pisarze się policzkowali i wyzywali na pojedynki, Przybyszewski uwodził Kasprowiczowi żonę, zaś poeta prawicowy Pietrkiewicz żądał szubienicy dla Wittlina i Słonimskiego za pacyfistyczne wiersze. Ale i po wojnie dawne emocje powracały. Znana była niechęć Gombrowicza do Andrzejewskiego, z którego religijności autor "Pamiętnika z okresu dojrzewania" nabijał się już przed wojną, pytając go w kawiarni Zodiak: "Jerzy, jak się ma pan Jezus?". Już po wojnie w "Dzienniku" dał wyraz ogromnej satysfakcji, kiedy przeczytał w "Zniewolonym umyśle" Miłosza, że Andrzejewski z prymusa religijnego stał się prymusem partyjnym. Z kolei Andrzejewski w "Idzie skacząc po górach" naszkicował satyryczny portret adwersarza, czyniąc aluzje do jego homoseksualizmu. "Wtedy Gombrowicz formalnie zerwał z nim stosunki" - mówi Jerzy Jarzębski.

Autora "Miazgi" wspomina też złośliwie Janusz Głowacki. "Jak Miłosz dostał Nobla, to Andrzejewski nie wytrzymał i napisał zupełnie serio, że Miłosz powinien dostać za poezję, a on za prozę. Miłosz zachował się elegancko i powiedział, że Jerzy ma absolutną rację. Jak się ma Nobla, to już można".

Znana jest głupota Iwaszkiewicza

Za komuny nienawiści o podłożu politycznym były tłumione nie przez dobry obyczaj, lecz zwyczajnie przez cenzurę. Stanisław Dygat pozostawał w bliskiej przyjaźni z Tadeuszem Konwickim, z którym codziennie wymieniał złośliwości na temat kolegów, których oceniał jako koniunkturalistów. Siłą rzeczy uwagi te nie mogły mieć szerszej publiczności. Co prawda, jak się później okazało, miały - bo spisywali je panowie z SB, która podsłuchiwała pisarzy. Oto próbki z wypowiedzi Dygata przytoczone przez Joannę Siedlecką w książce "Kryptonim »Liryka«. Bezpieka wobec literatów": "Iwaszkiewicz i Andrzejewski są nie tylko świadectwem rozpaczliwie niskiego poziomu literatury, ale też myślenia w tym kraju", "Cenzura zabroniła oddania »Miazgi« do druku. Bardzo słusznie, bo to jedna wielka grafomania", "Kisiel to cymbał, grafoman bez odrobiny talentu, a w muzyce jeszcze gorszy", "Adolf Rudnicki to grafoman, zarozumialec, dostał się do literatury tylko dzięki partii i rządowi", no i jeszcze: "Kazimierz Kutz jest cwaniakiem i karierowiczem". "Ale i ich zażyłość została narażona na szwank przez "Kalendarz i klepsydrę", w której to książce Konwicki przedstawił zachwycający, lecz złośliwy portret przyjaciela. Dygat się obraził i już się nie odzywał" - wspomina Jerzy Pilch.

Powszechnie i z powodów politycznych nielubiany był Jarosław Iwaszkiewicz. "Zazdroszczono mu majątku w Stawisku. W końcu w środowisku pisarskim było wielu zdegradowanych ziemian" - wspomina krytyk literaki Henryk Bereza. Zawiść wzbudzał także Hłasko. "Bohdan Czeszko, skądinąd przyjaciel Hłaski, zaatakował go po druku <Cmentarzy> w <Kulturze> Giedroycia" - mówi Bereza. "Najprawdopodobniej Czeszko jako członek partii był zobowiązany do potępienia kolegi, zarzucił mu więc nielojalność wobec Polski. Ale kiedy po śmierci Hłaski drastycznie potępiał pisarza, który niby zaprzedał się wrogom Polski, to myślę, że chodziło po prostu o zazdrość" - ciągnie Bereza i wskazuje jeszcze jedną postać. "Andrzej Szczypiorski podlizywał się wszystkim, ale skrycie był nienawistnikiem. Jako pierwszy zaatakował książkę Iwaszkiewicza o Danii za <fałszywość ideologiczną>. Ze Szczypiorskiego podśmiewał się też znany ze złośliwości Stanisław Lem, który pisał, że ten po swoim sukcesie w Niemczech odwiedził go cały w zamszach" - dodaje Jerzy Jarzębski, historyk literatury.

"Kazimierz Brandys był nielubiany poza salonem, który prowadziła jego żona. Uważano jego karierę pisarską za nieusprawiedliwioną" - twierdzi Bereza, a Głowacki uzupełnia. "Pamiętam, jak Brandys występował w amerykańskim Pen Clubie i spytany, kogo z Polaków warto tłumaczyć, zamyślił się, ze smutkiem rozłożył ręce i prawie zapłakał: <Nikogo>". Lubiano natomiast Mariana Brandysa, bo pisał o szwoleżerach i nikomu się nie narażał. Poza tym nie odniósł aż takiego sukcesu, żeby go nienawidzić. O mnie z kolei Bogdan Drozdowski napisał, że jestem żigolakiem polskiej literatury. Z tym, że była to odpowiedź na mój felieton "Powrót taty" wyszydzający jego książkę "Albion od środka", w której skarżył się, że biedaczek musi zostać dłużej na placówce w Londynie.

Pisał prozą - żal się Boże

Ale jedyny prawdziwy, głęboki spór w literaturze polskiej ostatnich lat to konflikt Herbert - Miłosz. Zaczęło się od wielkiej przyjaźni i wzajemnego podziwu, a także wspólnych interesów. Bo z jednej strony Miłosz w Stanach Zjednoczonych tłumaczył i promował twórczość Herberta, a z drugiej strony w ten sposób promował sam siebie, funkcjonował jako tłumacz wielkiego polskiego poety. Potem jednak zaczęły się między nimi różnice zdań na temat stosunku do Polski. W 1967 roku spierali się korespondencyjnie. Miłosz pisał do przyjaciela: "Od Polski można zwariować". Herbert mu odpisywał: "Vive la Pologne". Prawdziwa burza nastąpiła jednak w 1968 roku, kiedy doszło do legendarnej awantury pomiędzy poetami na kolacji u tłumaczki literatury polskiej Bogdany Carpenter w USA. Miłosz miał z typowym dla siebie upodobaniem do prowokacji powiedzieć, że Polskę należałoby przyłączyć do ZSRR. Na co Herbert strasznie się oburzył. W 1990 roku wysłał do autora "Traktatu poetyckiego" kartkę z Berlina, na której widniała wielka noga słonia, a pod spodem kurczaczek - i do tego napis: "Nie depcz". Była to aluzja do tego, że ten publicznie zarzucał przyjacielowi nacjonalizm. Herbert napisał też słynny wiersz "Chodasiewicz" o Miłoszu: "Chodasiewicz pisał także prozą - żal się Boże (...) był jak student który czyta w kółko parę książek niedokładnie". Dwa miesiące przed śmiercią Herberta podobno doszło do pojednania, ale wdowa po pisarzu twierdzi, że Miłosz odmówił napisania wstępu do pośmiertnego wydania wierszy jej męża, które miało ukazać się w Stanach. Podobno znowu odżyła historia z berlińską widokówką.

Konfliktów politycznych było więcej. "Herling jest autorem zdania, że nigdy nie spotkał nikogo głupszego niż Jerzy Andrzejewski" - mówi Pilch. Z powodów politycznych Herling-Grudziński zerwał pod koniec życia z Giedroyciem, bo ten nie chciał w "Kulturze" opublikować fragmentów "Dziennika pisanego nocą", w których łajał Aleksandra Kwaśniewskiego. "Słynnym mizantropem jest Mrożek. Krążą o nim dwie klasyczne anegdoty. Po pierwsze, słynne spotkanie z Duerrenmattem. Pisarze nie kwapili się do zadawania pytań, młody nasz dramaturg wstał więc i zapytał: <Co słychać?>. Co nie wyrażało przesadnego szacunku. Po drugie, Mrożek, celem uniknięcia fatygi, a mieszkał w domu literatów na Krupniczej, nosił karteczki z różnymi napisami. Na przykład <Nic nowego> - co było odpowiedzią na pytanie: co słychać?" - opowiada Pilch.

"Artyści są niesłychanie próżni" - mówi Głowacki. "Kiedyś byłem zaproszony na tydzień na wyspę pewnego redaktora z <New York Timesa>. Jego syn napisał opowiadanie, które mi pokazał, i ja szczerze powiedziałem, co o tym sądzę. Następnego dnia ten redaktor pyta: <Co robisz?>. Ja: <Chcę iść na plażę>. A on: <Nie, pytam się, kiedy wyjeżdżasz>. Spakowałem się i wyjechałem, i to mnie oduczyło szczerości".

Pisząc o współczesnych konfliktach, nie sposób pominąć awantury z udziałem Antoniego Libery oraz Michała Pawła Markowskiego. Do dzisiaj pamiętamy smakowity artykuł z "Faktu" z wizerunkami obu literatów jako zapaśników. Profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego napisał wówczas w "Tygodniku Powszechnym" felieton "Rozmowa z wielkim pisarzem", który był - jak pisał potem Libera - "szyderczym atakiem, mającym na celu wyłącznie zdezawuowanie i ośmieszenie mojej osoby jako groteskowego narcyza cierpiącego na manię wielkości". Na domiar złego portret bohatera był inspirowany wizytą żony Markowskiego w domu tłumacza i pisarza, z którym współpracowała. W związku z powyższym Libera - jak twierdził Markowski - dał wyraz swojego niezadowolenia, za co tenże postanowił przyłożyć mu na zebraniu w teatrze w Krakowie. Spotkało się to oczywiście z uciechą gawiedzi, lecz także zgorszeniem osób, które zaszokowała przemoc fizyczna ze strony profesora. W gronie tych ostatnich nie znalazł się "Tygodnik Powszechny" ani Uniwersytet Jagielloński. Antoni Libera, który potrafi być ostry w sądach, ma też innych wrogów. Na przykład o Henryku Berezie tak mówił kiedyś w wywiadzie dla "Dziennika": "Henryk Bereza: bełkot, mętniactwo, idiotyzm". Były naczelny "Twórczości" pytany o autora "Madame", odpowiada: "Nigdy się o takim autorze nie wypowiadałem i mam nadzieję, że nigdy tego nie zrobię".

Bełkot biednej panienki

Ale poza tymi spektakularnymi sporami są też w naszych czasach nienawiści ciche, drążące dusze pisarzy jak robaki. Nie ma się co dziwić, że Dorota Masłowska została znienawidzona przez wielu pisarzy. 19-latka z Wejherowa odniosła sukces, o jakim nie śmie marzyć niejeden znany i szanowany. Najpierw posypały się domysły, że "Wojnę polsko-ruską" napisali Marcin Świetlicki, Krzysztof Varga i wydawca Masłowskiej Paweł Dunin-Wąsowicz. "Sugerował to Michał Witkowski w kwartalniku <FA-art>. O pisaniu Masłowskiej z niechęcią wypowiada się Tomasz Piątek, który zadebiutował powieścią <Heroina> w tym samym roku, ale splendor spłynął na nią. Był zazdrosny" - opowiada Dunin-Wąsowicz. O Masłowskiej niechętnie wyraziła się też Małgorzata Musierowicz. Może znana pisarka poczuła rywalkę? W każdym razie postulowała w "Przekroju": "Więcej Smoczyńskiego, mniej Masłowskiej". Młodej dziewczynie dostało się też od Wojciecha Młynarskiego: "To jest jakiś bełkot biednej panienki".

Była też niedawno mniejsza awantura środowiskowa pomiędzy krakowskim krytykiem Piotrem Mareckim, współzałożycielem "Ha!artu", oraz Marcinem Świetlickim. Autor "Nieczynnego", który nie znosi młodych lewaków, postanowił wyśmiać w swojej ostatniej powieści postać, która krakowianom skojarzyła się jednoznacznie z Mareckim. Na to ten w "Krytyce Politycznej" bardzo się obruszył, nazwał dawną gwiazdę "drobnomieszczaninem" i nawet porównał Świetlickiego do Leszka Millera.

Zdaję sobie sprawę, że wszystko to nic w porównaniu z ekscesami francuskich geniuszy. Można się tylko pocieszyć, że większości rzeczy, których człowiek się w życiu nasłuchał o pisarzach od innych pisarzy, zwyczajnie nie wypada pisać w gazetach.

Źródło: Dziennik Polska Europa Świat

środa, 01 kwietnia 2009

Ruszyła kolejna edycja programu „Przyłapani na czytaniu” - kampanii prowadzonej w wielu krajach Unii Europejskiej. Jej zadaniem jest promowanie książek i czytelnictwa.

Polska Izba Książki ogłosiła konkurs dla fotografów-amatorów pt. „Przyłapani na czytaniu” ,na najciekawsze zdjęcie z książką.

Aby wziąć udział w konkursie wystarczy pomysł i „przyłapanie” na czytaniu osoby z najbliższego otoczenia. Następnie należy zarejestrować się na stronie www.swiatowydzienksiazki.pl i wysłać zdjęcie w wersji elektronicznej (JPG). Konkurs trwa do dnia 15 kwietnia.

Kampania, do tej pory znana i popularna w USA, Kanadzie i Wielkiej Brytanii, przyjmuje założenia , że czytanie to przyjemność, a jej celem jest nakłonienie coraz szerszej rzeszy czytelników do częstszego sięgania po książkę. Projekt wspierają znane osobistości ze świata polityki i mediów (z polskich polityków wzięli w niej udział m.in. Bronisław Geremek, Lech Kaczyński, Lech Wałęsa, Jacek Saryusz-Wolski, Janusz Onyszkiewicz, Donald Tusk; Janusz Lewandowski; z europejskich m.in. Pat Cox); media reprezentują Monika Olejnik i Tomasz Lis, które dają się przyłapać (sfotografować) na czytaniu w różnych miejscach i okolicznościach.

Zwycięzca polskiej kampanii „Przyłapani na czytaniu” zostanie nagrodzony podczas uroczystej gali z okazji Światowego Dnia Książki i Praw Autorskich 23 kwietnia 2009 w teatrze Buffo. Scenariusz wydarzenia, którego tytuł brzmi „Światowe przeboje na Światowy Dzień Książki”, został specjalnie przygotowany przez Janusza Józefowicza i Janusza Stokłosę.

Więcej szczegółowych informacji oraz regulamin konkursu „Przyłapani na czytaniu” znajduje się na stronach internetowych www.swiatowydzienksiazki.pl

Źródło: www.ksiazki.wp.pl

niedziela, 22 marca 2009

Czytelnictwo wśród Polaków osiągnęło najniższy poziom w historii badań - 62 proc. ankietowanych przez Bibliotekę Narodową nie sięgnęło w ciągu roku po żadną książkę.

- Nie można się pocieszać, że czytelnictwo przeniosło się do mediów elektronicznych - komentuje sondaż Katarzyna Wolff z Biblioteki Narodowej.

W 2008 r. czytanie książek zadeklarowało zaledwie 38 proc. badanych Polaków. To najniższy wskaźnik czytelnictwa zanotowany w historii systematycznie prowadzonych obserwacji, tj. od 1992 r.

Tendencja spadkowa w polskim czytelnictwie obserwowana była od lat: początkowo (lata 1994-2004) polegała ona na zmniejszaniu się intensywności czytania (deklarowanej liczby książek, po które sięgnęli ankietowani), następnie - ogólnej liczby czytelników (z 58 proc. w 2004 r. do 50 proc. w 2006 r. i 38 proc. w 2008 r.).

- Zarejestrowany w 2008 roku spadek czytelnictwa jest bardzo wysoki i sytuuje Polskę na poziomie krajów od lat mających najniższe wskaźniki, jak Grecja czy Portugalia - powiedziała dr Katarzyna Wolff z Pracowni Badań Czytelnictwa Instytutu Książki i Czytelnictwa BN na piątkowej konferencji prasowej.

Z ostatniego badania wynika, że w latach 2006-2008 wskaźnik czytelnictwa zmalał we wszystkich kategoriach społeczeństwa, z wyjątkiem mieszkańców największych, ponad 500-tysięcznych miast, gdzie odsetek czytelników nawet nieznacznie wzrósł (z 54 proc. w 2006 r. do 57 proc. w 2008 r.).

Najwyższy wskaźnik czytelnictwa ma grupa wiekowa od 15 do 19 lat, ze względu na szkolny obowiązek czytania lektur - 65 proc. badanych nastolatków zadeklarowało kontakt z choć jedną książką w ciągu ostatniego roku.

- Na tle reszty społeczeństwa to nieźle, ale w stosunku do danych z 2006 roku oznacza to spadek wskaźnika czytelnictwa w tej grupie wiekowej o 16 proc. - oceniła Wolff.

- Spadek zainteresowania książką tradycyjną, drukowaną na papierze, odnotowuje się na całym świecie i częściowo jest on związany z rozszerzającym się dostępem do internetu i pojawieniem się nowych, elektronicznych nośników dla książek. Niestety, nie można powiedzieć, że wzrost czytelnictwa w mediach elektronicznych rekompensuje jego spadek w przypadku tradycyjnej książki. Media elektroniczne dają raczej namiastkę tradycyjnego czytelnictwa, np. w przypadku streszczeń lektur, niż tworzą nową platformę rozpowszechniania słowa pisanego - zaznaczyła Wolff.

Badano także, po jakie książki sięgają czytelnicy. W 2008 r. ci, którzy zadeklarowali, że mieli kontakt z co najmniej jedną książką, wybierali przede wszystkim popularne powieści: obyczajowo-romansowe (18 proc.) i sensacyjno-kryminalne (15 proc.) oraz książki encyklopedyczno-poradnikowe (14 proc.). Ogólnie więcej amatorów znajdowała literatura piękna (65 proc.) niż niebeletrystyczna (46 proc.).

Głównym źródłem książek były dla czytelników w 2008 roku biblioteki (40 proc.). Kupowanie książek zadeklarowało 23 proc. badanych i był to - podobnie jak w przypadku czytelnictwa - najniższy z odnotowanych dotąd wskaźników zakupów. Spadek ten przebiegał systematycznie (37 proc. nabywców w latach 2002 i 2004, 33 proc. w 2006 roku i 23 proc. w 2008 roku).

Badanie zostało zrealizowane pod koniec listopada 2008 r. przez Bibliotekę Narodową, przy technicznej współpracy z TNS OBOP. Sondaż - podobnie jak wszystkie wcześniejsze - zrealizowano na losowej, reprezentatywnej próbie 1005 mieszkańców Polski powyżej 15. roku życia.

Źródło: www.ksiazki.wp.pl

niedziela, 22 lutego 2009

Śmierć to ekskluzywna dźwignia handlu - taka jak seks czy skandal. Książki tragicznie zmarłych autorów księgarze wykupują na pniu, bo te idą jak świeże bułeczki. Z marketingowego punktu widzenia bowiem, dobry pisarz to martwy pisarz

Bohaterem najnowszej książki Janusza Andermana „To wszystko” jest pisarz, który postanawia popełnić samobójstwo, by zapewnić rozgłos swojej książce. Doskonała znajomość praw rynku. Niezależnie od tego, czy brzmi to obraźliwie, śmierć jest dziś efektywną dźwignią handlu – jak seks czy skandal. Po prostu łatwiej sprzedać książkę „na trupa”.

Czy tak się stanie w przypadku tragicznie zmarłego Mirosława Nahacza? Przy okazji wydania jego ostatniej książki „Niezwykłe przygody Roberta Robura” zaczynają rozlegać się lekko histeryczne głosy o rzekomej legendzie, na jaką skazany jest ten pisarz-samobójca. Cóż, śmierć – choć wciąż jeszcze nie pokazana na żywo w telewizji – budzi niezdrowe emocje, podsyca zainteresowanie osobą i oferowanym przez nią towarem. Ciekawe, do czego doprowadzi jak zwykle apokaliptyczna przyszłość? Być może literaci staną się pragmatyczni, zechcą działać zgodnie z prawidłami rynku i samobójstwo w celu zwiększenia nakładu książki stanie się praktyką powszechną? Wyobrażam sobie, co by było, gdyby rzecz sięgnęła absurdu i koniunkturę zaczęła napędzać sytuacja odwrotna – powieści reklamowane byłyby hasłem: ostatnia książka WCIĄŻ ŻYJĄCEGO autora!

Ale osobistą legendę lepi się chyba nie ze śmiertelnej materii, ale z życia – jego bezwarunkowe zakończenie stanowi jedynie najmocniejszy akcent. Śmierć to zwieńczenie mozolnego procesu budowania swojej sławy. Receptura na powołanie poety przeklętego we własnym organizmie jest od lat niezmienna, niepokojąco skuteczna i boleśnie nużąca: drastyczny seks z wieloma partnerami – najlepiej płci obojga, spektakularne pijaństwo plus eksperymenty z narkotykami, rozboje, wymuszenia, konflikty z prawem, ganianie z nożem za kochankami, ogólny brak psychicznej równowagi. Ważną składową legendarności wydaje się też młodość – wprawdzie pisarze w ogóle uchodzą za grupę zawodową, która nader często sięga po rozwiązania ostateczne, jednak to 26-letni Rafał Wojaczek obrósł tragiczną legendą, nie zaś 58-letni Jerzy Kosiński. 31-letnia Sylvia Plath, a nie 59-letnia Virginia Woolf. Ponura fama ciągnie się za 29-letnią dramatopisarką Sarah Kane, natomiast amatorzy celowania z broni palnej do własnej głowy – Ernest Hemingway czy Hunter Thompson (obaj przekroczyli sześćdziesiątkę) – dorobili się po śmierci sławy, owszem, znaczącej, lecz jednak nie samobójczej. Najgłośniejsi truposze to ci, którzy w życie wcielili maksymę: żyj szybko, umrzyj młodo.

Aby jednak zostać legendą – w odróżnieniu od bycia postacią zwyczajnie ekscentryczną – należy spełnić wymóg posiadania specyficznych cech osobowości, które ładnie definiuje słowo „charyzma”. Można dewastować nocne lokale i hotele z emfazą Mickeya Rourke, wypić wszystkie kosmetyki z szafki w łazience, wyćpać cały domowy zapas proszku do prania Dosia i napisać świetną książkę, po czym zabrać swoje zwłoki z tego świata, a legendą, niestety, nie zostać. Dla powstania legendy potrzebna jest publiczność, opowiadająca z wypiekami na twarzy o wyczynach, talencie i spektakularnych działaniach artysty. Tych historii nie rozpowszechniają koledzy, ale wyznawcy. Wyznawców mają tylko twórcy charyzmatyczni.

O wyczynach Witkacego, słynnego „wariata z Krupówek”, piały całe rzesze. Wojaczkowe ekscesy doczekały się (świetnego skądinąd) filmu Lecha Majewskiego. Dwie naczelne wariatki poezji amerykańskiej – Anne Sexton i Sylvia Plath – właściwie nic specjalnego nie robiły, po bożemu założyły rodzinę (to nie przystoi legendzie!) i wychowywały dzieci, ale historyczny status przysporzyło im autentyczne szaleństwo i doskonałe przełożenie wszystkich jego udręczonych parametrów na twórczość.

Pytanie, czy osiągnięcie owego legendarnego statusu jest dziś w ogóle możliwe? Moja – być może fałszywa – teoria sprowadza się do stwierdzenia, że współczesny wymóg medialności wyklucza legendarność. Kult celebrities, który pojawił się w jego miejsce, kreuje kariery szybkie, głośne, spektakularne i co najważniejsze – gotowe do sprzedaży. Ikoniczną figurą tego nowego sposobu kreowania własnego wizerunku był Andy Warhol. Cynicznie wykreowana sława zakładała maksymalne użycie mediów i manipulacyjną, sztuczną, umowną grę samym sobą. A legenda to chyba autentyk – bolesna kontestacja społecznych norm, jakaś podskórna nieumiejętność życia. Zapewne takich osób – a wśród nich być może również pisarzy, jest wiele i dziś. Pozostaną jednak anonimowe, bowiem – rzecz ujmując banalnie – nie przedrą się do telewizji.

No bo jakby to miało wyglądać? Czy kamery miałyby śledzić zalkoholizowanego furiata w jego nocnej wędrówce szlakiem anonimowych organów płciowych? Czy ekipa programu „Co za tydzień” na czele z opalonym Olivierem Janiakiem śledziłaby po krakowskich lokalach Marcina Świetlickiego? Po pierwsze, powiedzmy sobie szczerze, pisarz to towar równie medialny jak pierwszy lepszy emeryt. Szczególnie że naturalne środowisko jego występowania stanowi jakaś mieszkalna nora, ewentualnie bar na przedmieściu, zaś wymięty polar i brudne sztruksy mają wątpliwą wartość wizualną. Pracowałam niegdyś w TVN, to wiem.

Sława we współczesnym znaczeniu tego słowa – sława medialna – jest krótka (no chyba że ma się, jak Doda, niebywały wręcz talent do poruszania się w tym grząskim bagnie). A legenda jest wieczna. Trudno mi w ogóle przypomnieć sobie, by ostatnie dziesięciolecia, upływające pod patronatem ekspansji radosnego kapitalizmu i masowej popkultury, przyniosły jakąkolwiek literacką legendę. Pokolenie literatów-kaskaderów, Wojaczka, Stachury czy Hłaski, było ostatnie. Niewiele później odpaliliśmy telewizję kablową, pojawiła się rodzina Mostowiaków i prysła nie tylko legenda, ale nawet możliwość jej zaistnienia.

Tymczasem w posłowiu do ostatniej książki Mirosława Nahacza czytamy, że ów skazany jest na legendę

Jego znajomi wykorzystują odwieczne składowe tej ostatniej, by ukręcić z tego jakieś pośmiertne ciasto: rozbił szybę na Ordynackiej, brał narkotyki, pił, żył zachłannie, takoż pisał. Gdyby Nahacz był gwiazdą rocka, jak Ian Curtis czy Kurt Cobain, możliwe, że zostałby legendą. Ale znów: medialność. Prawdopodobnie to życie literatów jest niemedialne; muzyka, a może i film radzą sobie tu znacznie lepiej, podczas gdy literatura straciła siły witalne do tworzenia legend. Może to i dobrze. Nie lepiej, by historie o Nahaczu pozostały własnością jego przyjaciół? Przecież to, co miało być publiczne, jest w książkach. Kiedy człowiek jest trupem, łatwo mu dorobić gębę – ale tego chyba nie chciałby ani utalentowany pisarz z Gładyszowa, ani żaden szanujący się twórca.

Źródło:  Dziennik Polska Europa Świat

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8
| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Zakładki:
01. Współpracuję z ...
02. Polskie strony o książkach
03. Wydawnictwa
04. Blogi książkowe
05. Blogi różne
06. Czytuje...
07. Nie tylko książki...
08. Muzycznie
09. Przeczytane w 2009
10. Przeczytane w 2008
11. Przeczytane w 2007
12. Przeczytane w 2006
Liczniki na stonę