Nowości książkowe
środa, 24 lutego 2010
Jeszcze nie została wydana,
a już wzbudziła niemałe zainteresowanie. Jedno jest już pewne – zakazu publikacji
nie będzie, więc zapewne jeszcze w weekend książka trafi na półki księgarń w
całej Polsce. Ciekawi mnie, co też Pan Artur Domosławski napisał o Ryszardzie Kapuścińskim.
Ciekawi z wielu względów – m.in. dlatego, że piszę pracę magisterską o cesarzu
polskiego reportażu, a także ze względu na moją osobistą sympatię do pisarza. A w poniedziałkowym
Newsweeku możecie co nieco o tej publikacji, a także
wywiad z publicystą Gazety Wyborczej, którego książka wzbudziła takie
zamieszanie. Jeden z artykułów można znaleźć w Internecie:
niedziela, 08 listopada 2009
Największy książkowy psotnik skończył 50 lat, ale "nie zamierza przechodzić na wcześniejszą emeryturę" - oświadczyła córka jednego z twórców jego przygód. Anne Goscinny gościła w Polsce z okazji wydania 10 niepublikowanych dotąd historyjek urwisa - "Nieznanych przygód Mikołajka". ![]() "Nieznane
przygody Mikołajka" Anne Goscinny odnalazła po śmierci swojego ojca. O ich istnieniu nie wiedział do
niedawna nawet ilustrator książeczek Jean-Jacques Sempe. Tomik zawiera także
pierwsze opowiadanie o Mikołajku, które ukazało się 50 lat temu, 29 marca 1959
r., w regionalnym dzienniku "Sud-Ouest Dimanche". Anne
Goscinny odwiedziła Polskę w związku z promocją nowego tomu przygód Mikołajka.
"Mikołajek jest częścią mojego życia, opowiadania o nim to była
jedyna książka ojca, którą czytałam jeszcze przed jego śmiercią" - mówiła
we środę podczas spotkania z wielbicielami Mikołajka, Anne Goscinny. Jak
mówiła, najbliższą jej postacią z opowiadań o Mikołajku jest matka chłopca. "Wiem,
co znaczy wychowywać dziecko i ile trudu to kosztuje" - zaznaczyła z
uśmiechem. Źródło: www.dziennik.pl Mam nadzieję, że już niedługo będzie mi dane przeczytać kolejne historie mojego ulubieńca :)
niedziela, 01 marca 2009
W ukazującej się niebawem antologii opowiadań pisarskim zadaniem było stworzenie literackiego portretu. To proste na pozór warsztatowe ćwiczenie przyniosło nieoczekiwane rezultaty. O tym, jakie, przekonasz się czytając w DZIENNIKU fragmenty najnowszego dzieła Zadie Smith. Przełożyła
Iwona Sumera Książka
ukaże się 12 marca nakładem wydawnictwa Znak. Skróty
pochodzą od redakcji
Hanwell senior był ojcem Hanwella. Podobnie
jak Hanwell, istniał kameralnie. Nie chodzi o jego osobę – był „bogatą
osobowością”, że użyję tego okropnego wyrażenia – ale o jego historię, która
jest fragmentaryczna, niemal fantasmagoryczna. Nawet Hanwellowi wydawał się
czymś w rodzaju nieprzyjemnej fatamorgany. Był nieodpowiedzialny i niedbały, co
pod wieloma względami było gorsze niż okrucieństwo. Ci, którzy mieli do
czynienia z takimi ludźmi, zrozumieją. Okrucieństwu można się uczciwie
przeciwstawić, a w końcu o nim zapomnieć. Beztroska nonszalancja w obchodzeniu
się z cudzymi problemami jest czymś zupełnie innym. Posiadanie takiego ojca z
pewnością uczy człowieka smutnej samowystarczalności i brutalnego powściągania
uczuć. Niechęci do jakiejkolwiek aktywności. Hanwell senior pojawiał się w życiu Hanwella
niczym kometa, po długich przerwach. Był oczywiście przy nim, kiedy Hanwell się
urodził, i sześć lat później, na plaży w Brighton, trzymając syna pod pachami i
wymachując nim nad molo. Hanwell senior spędził tamten wieczór z dala od swojej
rodziny, której zostawił niewielką sumę ze szczodrą myślą o porcji ryby i
frytek. Na więcej go nie było stać. Kompan z mnóstwem wdzięku. Brzmi
przestarzale, ale „kompan” to było słowo, którego się wtedy używało. Pierwszy
podnosił kieliszek i ostatni go odstawiał – był bardzo wylewnym gościem – choć
nigdy się nie upijał i nigdy nie zachowywał w niedopuszczalny sposób. Był
rodzajem człowieka, który śpiewa wraz z tymi, którzy urżnęli się znacznie
bardziej niż on, i myśli o wykorzystaniu ich słabości do zdobycia przewagi. W
domu miał automat, do którego wrzucał dwupensówkę, a ten wydawał mu papierosa,
tak jak w pubie. Z kolei na oku miał najbliższą sąsiadkę żony, wdowę Sue Boyd.
„Sue, Sue, jakże się w tobie zakochałem” – nucił na melodię słynnej w tamtym
czasie ballady, chwytając ją w pasie i jak gdyby nigdy nic przeprowadzając od
tylnych drzwi domu do ogrodzenia, podczas gdy pani Hanwell uśmiechała się
bezradnie w oknie. Był sporym mężczyzną, znacznie większym niż
Hanwell. Niedługo później, może jeszcze w tym samym roku, może w następnym,
pojawił się nagle piątego listopada w tylnych drzwiach domu, otoczony
ciemnością, przynosząc w prezencie petardy za grosze. Nie został na tyle długo,
żeby odpalić je z Hanwellem. Znowu zniknął. Wyszedł po paczkę papierosów i
nigdy nie wrócił: ten refren powraca w Anglii dość często. Z tym że Hanwell
senior był z tych, co wracają okresowo. Co jest jeszcze gorsze, jak wykazano
wcześniej. Zostawił Hanwella stojącego w ciemności, w krótkich spodenkach, z
petardami w dłoni. Nigdy nie zostało mu to zapomniane. Ciągle trwa w Hanwellu pozostałość
po późnych latach dwudziestych. Zostaje tutaj zapisane przez potomkinię
Hanwella seniora, o której nie mógł mieć pojęcia, jako że byłam dla niego tak
nierzeczywista jak szerokopasmowy dostęp do internetu albo gobliny. Nikt nie
potrafi wyjaśnić, dlaczego zapamiętuje się takie właśnie rzeczy, podczas gdy
wiele innych zaciera się w pamięci – napisano już wiele sentymentalnego śmiecia
na ten temat. Sam Hanwell wierzył w wyjaśnienia naukowe. Nie miał bladego
pojęcia o nauce. Niejasno wyobrażał sobie chemiczne rozbłyski w mózgu, które
zatrzymywały ruchome obrazy (ta jego analogia wzięła się z fotografii, z którą
miał nieco styczności), i wierzył, że te rozbłyski pojawiają się przypadkowo i
nie można ich zaobserwować w momencie, w którym do nich dochodzi. Oczywiście
ten tekst także jest pewnego rodzaju rozbłyskiem, tyle że smutniejszego,
wtórnego i pasożytniczego typu. W połowie lat trzydziestych Hanwell senior
wyjechał do Kanady z myślą o zbiciu fortuny na wyrębie drzew. Hanwell wziął
udział w krótkiej, ekscytującej wycieczce po statku przed jego wypłynięciem,
jednak to nie ojciec mu ją zafundował; jeden z członków załogi ustawił świeczkę
na solidnym mosiężnym relingu, demonstrując w ten sposób Hanwellowi, jak bardzo
uporządkowane i koncentryczne okazują się ukośne nacięcia w świetle. Hanwell
senior wrócił trzy lata później, znowu bez pieniędzy. Był teraz w stanie
skręcić papierosa jedną ręką, podobnie jak to robili kowboje. Hanwellowi
niespecjalnie to imponowało. Jakiś czas później Hanwell senior został kontrolerem
biletów w autobusach. Potem wybuchła wojna, z której tak naprawdę nigdy nie
wrócił, bo zakochał się w jakiejś kobiecie z klasy średniej, która była
kierowcą ambulansu. Raz pojawił się w koszarach, w których stacjonował Hanwell,
nosząc nowe imię – Bill – i pozując na Irlandczyka. Obserwowanie go było
przedziwnym doświadczeniem. Słowa Hanwella seniora nie były żadną gwarancją,
nie można się ich było uchwycić, nie miały związku z faktami. Mroczniejszy
odcień tej samej skłonności nosi miano psychopatii. Wyjął kilka nieprzyzwoitych
fotografii zrobionych na Bliskim Wschodzie i opowiedział kilka zabawnych i
wiarygodnych anegdot, których akcja toczyła się w hrabstwie Kerry. Komuś obcemu
wydawałoby się, że świetnie to współgra z jego miedzianymi włosami i blisko
osadzonymi oczami. Hanwell żałował, że nie jest kimś bardziej obcym. Mógł się
tylko krzywić w duchu na widok tej drugiej, fałszywej osobowości, jednocześnie
odstawiając szopkę i śmiejąc się z kolegami, podczas gdy Bill zaskarbiał sobie
przyjaźń wszystkich młodych żołnierzy, z którymi Hanwell sam nie zdążył się
jeszcze zaprzyjaźnić. Świetny gość ten twój stary! Pełen życia, można się z nim
pośmiać! – można by powiedzieć z aprobatą, prawdopodobnie szczerze (Hanwell
starał się przychylnie interpretować fakty), gdyby nie było się jego synem.
Gdyby nie było się jego synem. Bill odszedł dwie godziny później wesoły jak
święta. Hanwell nie spotkał go przez następne dwanaście lat. Był sierpień 1956 roku. Hanwell dowiedział
się, że jego ojcu nieźle się powodzi i że prowadzi interes w jakiejś mało
znanej wiosce w hrabstwie Kent. Bez większych oczekiwań – a przynajmniej bez
takich, do których przyznałby się samemu sobie – Hanwell wsiadł na rower. Tym
razem to on miał się pojawić. W tamtych czasach pokonanie odległości między
Londynem a hrabstwem Kent było dla niego pestką. Był stosunkowo młody, choć tak
o sobie nie myślał, niedawno założył rodzinę. Nie wiedział jeszcze wówczas, że
czeka na niego druga rodzina, wtedy nie było jej jeszcze na horyzoncie, była
schowana w przyszłości. Skwarny sierpniowy dzień. Hanwell
skonstruował bidon na wodę ze starej plastikowej butelki na naftę i przywiązał
go do ramy roweru – był to wynalazek, który nieco wyprzedził swoje czasy.
Pędził co sił po nowo wybudowanym odcinku autostrady A20, gdzie tylko to
możliwe, zjeżdżając z niej i jadąc bocznymi drogami przez wioski, gdyż miał
wrażenie, że powietrze jest tam czystsze. Mam nadzieję, że mogę napisać
„żywopłot” i będzie jasne, że nie usiłuję być poetycka, a jedynie staram się z
dokładnością opisać fakt historyczny. Dwa razy jego koszula zahaczyła o gęsty i
ciernisty żywopłot i postrzępiła się na łokciu. Był zdeterminowany – podobnie
jak ja, kiedy wreszcie piszę – żeby nie zatrzymać się przed dojechaniem do
konkretnego punktu; miał zamiar zjeść coś dopiero u celu podróży, nie
wcześniej. Jeszcze jedna mila, jeszcze jeden rozdział, jeszcze jedna mila,
jeszcze jeden rozdział. Wioska położona była w niewielkiej dolinie; Hanwell
pędził w uniesieniu przez zakręty i wtoczył się między domy, zatrzymując się na
błoniach, które w zasadzie można było uznać za całą wioskę. W pobliżu stały dwa
przybytki: pub z czerwonej cegły, z ładnymi kępkami lawendy wyrastającymi z
doniczek na oknach, oraz – po drugiej stronie błoń – krzykliwie pomalowana
przyczepa, z której sprzedawano rybę i frytki. Hanwell nie miał złudzeń. Zsiadł
z roweru i pewnie poprowadził go po obrzeżach błoń, lekko przytrzymując lewą
ręką za siodełko. Była czwarta po południu, a przyczepa była zamknięta. Oparł
rower o intensywnie czerwone napisy ze złotą obwódką: „Najlepsza ryba i frytki
u Hanwella”. Usiadł na trawie pod drzewem, skąd miał widok na boisko do gry w
krykieta i bagniste tereny otaczające stawy. (...) W powieści „Miasteczko Middlemarch”
odnajdujemy stare porzekadło głoszące, że miłość do bliźniego rośnie w
człowieku proporcjonalnie do odległości, w jakiej ten znajdzie się od drzwi
własnego domu. Przypomina mi to o wszystkich pełnych oddania wnukach i
prawnukach, ślęczących nad łożami śmierci z cyfrowym dyktafonem w ręce albo maniakalnie
tropiących swoich przodków o trzeciej nad ranem za pośrednictwem internetowych
stron poświęconych genealogii. Z wielką chęcią zabierają się za odtwarzanie
życia i myśli tych, którzy umarli albo wkrótce umrą, choć może regularnie
odrzucają połączenia od swoich matek. Należę do tego pokolenia. Zrobię dla
swojej rodziny wszystko, poza spotkaniem się z nią. Jak już wspomniałam, był rok 1956. Nie
istniało nic oprócz słońca, Hanwella i słońca. Gdy leżał w wysokiej trawie,
Hanwell wyobraził sobie taką oto konwersację: Hanwell Senior (leży obok Hanwella): A więc
mnie odnalazłeś. Hanwell: Tak, Alf. Miało być inaczej? Hanwell Senior: Posłuchaj. Zapal sobie – nie
zapędzaj się za daleko. Hanwell (bierze z paczki papierosa marki
Senior Service): Dziękuję. Hanwell Senior: A więc, chłopcze. Jak się
masz? Jak widzisz, nieźle mi się powodzi. Hanwell: Tak, mimo wszystko. To przywodzi mi
na myśl wielką powieść George Eliot… Hanwell Senior: Nie gadaj bzdur, chłopcze.
Zawsze to robisz – udajesz, że jesteś kimś, kim nie jesteś i nigdy nie byłeś.
Nie przeczytałeś żadnej z tych książek. Ktoś mógłby pomyśleć, że studiowałeś na
uniwersytecie, kiedy tak mówisz, jakbyś był nie wiadomo kim. Hanwell (smutno): Nie stać nas było na
mundurek do szkoły średniej. Zdałem egzamin, ale nie było nas stać. Hanwell Senior (śmieje się do łez): Wciąż ta
stara śpiewka? O matko. Trochę już zwietrzała ta historia, nie? Wolę nazywać
rzeczy po imieniu, niż mówić, że wszystko pachnie różami. Zresztą niech będzie,
jak już tam chcesz. Hanwell (śpiewa): Starą piosenkę poniósł
wiatr… przywołałem jego imię… podarowałem piosenkę mojej dziewczynie… Hanwell Senior: Ale się miękki zrobiłeś. – Czyj to rower? Hanwell podniósł się i został powitany – bez
szczególnego zaskoczenia, choć z nutką zmieszania – po czym zaproponowano mu
frytki, które pierwsze wyszły z frytkownicy. – Mam tu gdzieś rozkładany stolik… Hanwell przyglądał się, jak Hanwell senior
stacza pojedynek z domowymi starociami i podniszczonymi meblami ułożonymi z
tyłu przyczepy. Wysoka lampa z abażurem zakończonym frędzlami krzyżowała się na
podłodze z wieszakiem na płaszcze: herb rodu Hanwellów. Bunty, ta kobieta,
która prowadziła ambulans, mogłaby utrzymywać jego dobytek w porządku, jednak
zmarła rok wcześniej – to za jej pieniądze założył ten niewielki interes. Może
wcześniej gotowała mu warzywa i pilnowała, żeby nie pił, i dopiero niedawno
jego twarz tak koszmarnie opuchła, popękały mu naczynka, rozlewając się
czerwonymi plamami pod skórą nosa i policzków, a jego pomarańczowe wąsy zaczęły
rosnąć w sposób nie do opanowania i przyprószyły się siwizną. Dla Hanwella był
to wstrząs. Historycznie rzecz ujmując, Hanwell senior przewyższał Hanwella
tężyzną fizyczną. „Usiądź mi na plecach, no, siadaj! Nie złamiesz mnie!” –
mówił zazwyczaj jakiejś kobiecie, a kiedy ta usadowiła się na nim niczym Budda,
robił jedną, dwie, a nawet pięć pompek. Odwrócił się, przyciskając blat stolika
do swojego ogromnego brzucha, i ta sflaczała część jego ciała ukazywała – w
stopniu większym niż pozostałe – że był mężczyzną opuszczonym przez kobiety. – Proszę bardzo – powiedział, przyciskając
potężny tyłek do blatu stołu, którego żeliwne nogi wbijały się głęboko w
trawnik. – Nie jestem zwolennikiem jedzenia na stojąco. Źródło: Dziennik Polska Europa Świat
piątek, 05 grudnia 2008
Wczoraj miała miejsce światowa premiera najnowszej książki J.K. Rowling „Baśnie barda Breedle'a”. W polskich księgarniach książka pojawi się już jutro. ![]() Tłumacz Andrzej Polkowski
przypomina, że baśnie od zawsze służyły wychowywaniu, są podstawowym
elementarzem moralności. Przestrzegają przed posiadaniem władzy, którą w
świecie Harry’ego Pottera jest magia. Źródło: www.ksiazki.wp.pl
sobota, 29 listopada 2008
Wielbicieli jednej z najsłynniejszych powieści XX wieku czekają mocne
przeżycia, a krytycy literatury zacierają ręce. Na nasz rynek
księgarski trafiło nowe tłumaczenie "Procesu". Autor przekładu nie
poprzestał na skorygowaniu błędów poprzedników - zamienił kolejność
rozdziałów, uwzględniając ustalenia badaczy twórczości Franza Kafki. Sprawcą całego zamieszania jest 47-letni Jakub Ekier - poeta, eseista, tłumacz i stały współpracownik czasopisma "Literatura na Świecie". Jego zdaniem polski przekład "Procesu", opublikowany w 1936 roku, nie jest ani doskonały, ani zbyt wierny oryginałowi. "Autorką tłumaczenia była Józefa Szelińska, choć przez lata przypisywano je Bruno Schulzowi. Schulz dokonał jednak tylko korekty gotowego już tłumaczenia, nie miał zbyt wielkiego wpływu na ostateczny jego kształt" - twierdzi Ekier. Manuskrypt powieści powstał w latach 1914-15 i cudem uniknął zniszczenia. Umierający Kafka polecił go spalić razem z innymi niewydanymi rękopisami. Przyjaciel pisarza, Max Brod nie uszanował ostatniej woli pisarza. Wręcz przeciwnie, zaczął porządkować stos powyrywanych z zeszytów kartek, zapisanych dwustronnie i pogrupowanych w stosiki opatrzone prowizorycznymi tytułami. Kafka nie zostawił spisu treści, nie wiadomo, które części uważał za nieukończone. Brod poukładał rozdziały wedle swojego rozumienia powieści, kończył akapity, ujednolicał nazwy. Książka ukazała się po raz pierwszy w 1925 roku, rok po śmierci Kafki. Na tej przygotowanej przez Broda wersji "Procesu" opierano wszystkie kolejne wydania i tłumaczenia, aż do początku lat 90., kiedy w Niemczech ukazało się krytyczne wydanie powieści oparte na rękopisach ze zmienioną kolejnością rozdziałów. Jakub Ekier w swym tłumaczeniu zastosował chronologię, przyjętą przez niemieckich badaczy. "Proces" doczekał się różnych, często sprzecznych interpretacji. Był wielokrotnie adaptowany na potrzeby sceny - między innymi przez Agnieszkę Holland, Adama Hanuszewicza, Jerzego Jarockiego, a ostatnio przez Macieja Englerta w stołecznym Teatrze Współczesnym. Wersja kinowa powstała w 1963 roku. Wyreżyserował ją Orson Welles, a w postać Józefa K. wcielił się Anthony Perkins. 30 lat później scenariusz nowej ekranizacji napisał Harold Pinter, a główną rolę zagrał Kyle MacLachlan.
sobota, 30 sierpnia 2008
Już 4 września w sprzedaży ukaże się nowa powieść Wojciecha Kuczoka Senność. ![]()
Senność - nowa powieść Wojciecha Kuczoka to książka filmowa. Jej pierwszym szkicem był scenariusz pod tym samym tytułem, napisany na zamówienie reżyserki Magdaleny Piekorz. Film wejdzie do kin 17 października.
Adam jest młodym lekarzem naznaczonym piętnem tradycyjnego, prowincjonalnego wychowania. Rodzice lokują w nim wszystkie ambicje, jednak on, wie, że nigdy ich nie zadowoli. Dlaczego? Robert to rozgoryczony autor jednej wybitnej książki. Pozostając pod dozorem żony i jej koszmarnej rodziny, od lat nie napisał ani słowa. Jego pracownia coraz bardziej staje się dla niego więzieniem. Róża była niegdyś wspaniałą i sławną aktorką teatralną, ale odkąd została żoną despotycznego karierowicza – „Pana męża”, cierpi na narkolepsję i całe dnie spędza w domowej samotni. Zbieg okoliczności sprawia, że drogi bohaterów Senności, udręczonych własna niemocą, przecinają się. Czy te spotkania zmienią coś w ich życiu? Czy uda im się przebudzić z długiego snu? Przejmująca i brawurowo napisana powieść.
Wojciech Kuczok (ur. 1972) – prozaik, krytyk filmowy, scenarzysta. Autor zbiorów opowiadań Opowieści słychane (1999; nominacja do nagrody NIKE 2000), Szkieleciarki (2002) i Widmokrąg (W.A.B. 2004). W 2003 roku nakładem wydawnictwa W.A.B. ukazała się powieść Gnój, uhonorowana m.in. nagrodą NIKE 2004 i Paszportem „Polityki” za rok 2003. Książki Kuczoka zostały przełożone na kilkanaście języków, m.in. na francuski, chorwacki, niderlandzki, niemiecki, rosyjski i węgierski. Na podstawie wybranych wątków powieści Wojciech Kuczok napisał scenariusz filmu fabularnego „Pręgi”, wyreżyserowanego przez Magdalenę Piekorz, nagrodzonego Złotymi Lwami na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. W 2005 roku nakładem W.A.B. ukazały się jego Opowieści przebrane, a w 2006 – zbiór esejów o filmie To piekielne kino, który wkrótce zostanie wydany w Niemczech . Wkrótce kolejny tom esejów o kinie. Źródło: www.ksiazki.wp.pl Tutaj możecie przeczytać relację ze spotkania autorskiego, na którym Wojciech Kuczok przeczytał fragment swojej książki (wówczas jeszcze nieukończonej...). W dzisiejszej Gazecie Wyborczej znajduje się owy fragment, który autor czytał na spotkaniu.Zapraszam również do przeczytania wywiadu z Wojciechem Kuczokiem na temat książki "Senność" oraz pracy z Magdaleną Piekorz. Dziękuję za uwagę :) |
Ostatnie wpisy
Zakładki:
01. Współpracuję z ...
02. Polskie strony o książkach
03. Wydawnictwa
04. Blogi książkowe
05. Blogi różne
06. Czytuje...
07. Nie tylko książki...
08. Muzycznie
09. Przeczytane w 2009
10. Przeczytane w 2008
11. Przeczytane w 2007
12. Przeczytane w 2006
Tagi
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||