Nowości książkowe

środa, 24 lutego 2010

Jeszcze nie została wydana, a już wzbudziła niemałe zainteresowanie. Jedno jest już pewne – zakazu publikacji nie będzie, więc zapewne jeszcze w weekend książka trafi na półki księgarń w całej Polsce. Ciekawi mnie, co też Pan Artur Domosławski napisał o Ryszardzie Kapuścińskim. Ciekawi z wielu względów – m.in. dlatego, że piszę pracę magisterską o cesarzu polskiego reportażu, a także ze względu na moją osobistą sympatię do pisarza.


                    

 

A w poniedziałkowym Newsweeku możecie co nieco o tej publikacji, a także wywiad z publicystą Gazety Wyborczej, którego książka wzbudziła takie zamieszanie.


                       


Jeden z artykułów można znaleźć w Internecie:


Koniec pewnej bajki.

niedziela, 08 listopada 2009

Największy książkowy psotnik skończył 50 lat, ale "nie zamierza przechodzić na wcześniejszą emeryturę" - oświadczyła córka jednego z twórców jego przygód. Anne Goscinny gościła w Polsce z okazji wydania 10 niepublikowanych dotąd historyjek urwisa - "Nieznanych przygód Mikołajka".

                

"Nieznane przygody Mikołajka" Anne Goscinny odnalazła po śmierci swojego ojca. O ich istnieniu nie wiedział do niedawna nawet ilustrator książeczek Jean-Jacques Sempe. Tomik zawiera także pierwsze opowiadanie o Mikołajku, które ukazało się 50 lat temu, 29 marca 1959 r., w regionalnym dzienniku "Sud-Ouest Dimanche".

Anne Goscinny odwiedziła Polskę w związku z promocją nowego tomu przygód Mikołajka. "Mikołajek jest częścią mojego życia, opowiadania o nim to była jedyna książka ojca, którą czytałam jeszcze przed jego śmiercią" - mówiła we środę podczas spotkania z wielbicielami Mikołajka, Anne Goscinny. Jak mówiła, najbliższą jej postacią z opowiadań o Mikołajku jest matka chłopca. "Wiem, co znaczy wychowywać dziecko i ile trudu to kosztuje" - zaznaczyła z uśmiechem.

We Francji z okazji jubileuszu Mikołajka spekulowano, kim byłby jako 50-latek. Anne Goscinny powiedziała, że Mikołajek "w ogóle się nie starzeje i nie zamierza przechodzić na wcześniejszą emeryturę". "Poza tym świetnie radzi sobie z kryzysem gospodarczym, mimo że jest papierowym bohaterem" - dodała córka pisarza.

Przy okazji mikołajkowego jubileuszu warto wspomnieć, że Polska jest jedynym krajem, która ma swoją wersję przygód Mikołajka. To opublikowana w 1986 roku w nielegalnym wówczas wydawnictwie Rytm książka "Mikołajek w szkole PRL-u" Maryny Miklaszewskiej. "Jedyna książeczka dla dzieci, która ukazała się w drugim obiegu - zaznacza autorka i dodaje: - Polska wersja Mikołajka to właściwie pastisz pierwowzoru". Wszystko na kartki, kilometrowe kolejki, założony podsłuch... Świat opisywany przez Miklaszewską oparty jest na autentycznych relacjach jej syna ze szkoły, po wprowadzeniu stanu wojennego.

Przygody francuskiego Mikołajka i jego kolegów - Alcesta, Godfryda, Kleofasa, Euzebiusza i Ananiasza - niedługo będzie też można zobaczyć w kinach. Film wyreżyserował twórca "Zakochanego Szekspira" Laurent Tirard, a w rolę Mikołajka wcielił się 9-letni Maxime Godart. Film w polskich kinach pojawi się 4 grudnia.

Źródło: www.dziennik.pl


Mam nadzieję, że już niedługo będzie mi dane przeczytać kolejne historie mojego ulubieńca :)

niedziela, 01 marca 2009

W ukazującej się niebawem antologii opowiadań pisarskim zadaniem było stworzenie literackiego portretu. To proste na pozór warsztatowe ćwiczenie przyniosło nieoczekiwane rezultaty. O tym, jakie, przekonasz się czytając w DZIENNIKU fragmenty najnowszego dzieła Zadie Smith.


Przełożyła Iwona Sumera

Książka ukaże się 12 marca nakładem wydawnictwa Znak.

Skróty pochodzą od redakcji


Hanwell senior był ojcem Hanwella. Podobnie jak Hanwell, istniał kameralnie. Nie chodzi o jego osobę – był „bogatą osobowością”, że użyję tego okropnego wyrażenia – ale o jego historię, która jest fragmentaryczna, niemal fantasmagoryczna. Nawet Hanwellowi wydawał się czymś w rodzaju nieprzyjemnej fatamorgany. Był nieodpowiedzialny i niedbały, co pod wieloma względami było gorsze niż okrucieństwo. Ci, którzy mieli do czynienia z takimi ludźmi, zrozumieją. Okrucieństwu można się uczciwie przeciwstawić, a w końcu o nim zapomnieć. Beztroska nonszalancja w obchodzeniu się z cudzymi problemami jest czymś zupełnie innym. Posiadanie takiego ojca z pewnością uczy człowieka smutnej samowystarczalności i brutalnego powściągania uczuć. Niechęci do jakiejkolwiek aktywności.

Hanwell senior pojawiał się w życiu Hanwella niczym kometa, po długich przerwach. Był oczywiście przy nim, kiedy Hanwell się urodził, i sześć lat później, na plaży w Brighton, trzymając syna pod pachami i wymachując nim nad molo. Hanwell senior spędził tamten wieczór z dala od swojej rodziny, której zostawił niewielką sumę ze szczodrą myślą o porcji ryby i frytek. Na więcej go nie było stać. Kompan z mnóstwem wdzięku. Brzmi przestarzale, ale „kompan” to było słowo, którego się wtedy używało. Pierwszy podnosił kieliszek i ostatni go odstawiał – był bardzo wylewnym gościem – choć nigdy się nie upijał i nigdy nie zachowywał w niedopuszczalny sposób. Był rodzajem człowieka, który śpiewa wraz z tymi, którzy urżnęli się znacznie bardziej niż on, i myśli o wykorzystaniu ich słabości do zdobycia przewagi. W domu miał automat, do którego wrzucał dwupensówkę, a ten wydawał mu papierosa, tak jak w pubie. Z kolei na oku miał najbliższą sąsiadkę żony, wdowę Sue Boyd. „Sue, Sue, jakże się w tobie zakochałem” – nucił na melodię słynnej w tamtym czasie ballady, chwytając ją w pasie i jak gdyby nigdy nic przeprowadzając od tylnych drzwi domu do ogrodzenia, podczas gdy pani Hanwell uśmiechała się bezradnie w oknie.

Był sporym mężczyzną, znacznie większym niż Hanwell. Niedługo później, może jeszcze w tym samym roku, może w następnym, pojawił się nagle piątego listopada w tylnych drzwiach domu, otoczony ciemnością, przynosząc w prezencie petardy za grosze. Nie został na tyle długo, żeby odpalić je z Hanwellem. Znowu zniknął. Wyszedł po paczkę papierosów i nigdy nie wrócił: ten refren powraca w Anglii dość często. Z tym że Hanwell senior był z tych, co wracają okresowo. Co jest jeszcze gorsze, jak wykazano wcześniej. Zostawił Hanwella stojącego w ciemności, w krótkich spodenkach, z petardami w dłoni. Nigdy nie zostało mu to zapomniane. Ciągle trwa w Hanwellu pozostałość po późnych latach dwudziestych. Zostaje tutaj zapisane przez potomkinię Hanwella seniora, o której nie mógł mieć pojęcia, jako że byłam dla niego tak nierzeczywista jak szerokopasmowy dostęp do internetu albo gobliny. Nikt nie potrafi wyjaśnić, dlaczego zapamiętuje się takie właśnie rzeczy, podczas gdy wiele innych zaciera się w pamięci – napisano już wiele sentymentalnego śmiecia na ten temat. Sam Hanwell wierzył w wyjaśnienia naukowe. Nie miał bladego pojęcia o nauce. Niejasno wyobrażał sobie chemiczne rozbłyski w mózgu, które zatrzymywały ruchome obrazy (ta jego analogia wzięła się z fotografii, z którą miał nieco styczności), i wierzył, że te rozbłyski pojawiają się przypadkowo i nie można ich zaobserwować w momencie, w którym do nich dochodzi. Oczywiście ten tekst także jest pewnego rodzaju rozbłyskiem, tyle że smutniejszego, wtórnego i pasożytniczego typu.

W połowie lat trzydziestych Hanwell senior wyjechał do Kanady z myślą o zbiciu fortuny na wyrębie drzew. Hanwell wziął udział w krótkiej, ekscytującej wycieczce po statku przed jego wypłynięciem, jednak to nie ojciec mu ją zafundował; jeden z członków załogi ustawił świeczkę na solidnym mosiężnym relingu, demonstrując w ten sposób Hanwellowi, jak bardzo uporządkowane i koncentryczne okazują się ukośne nacięcia w świetle. Hanwell senior wrócił trzy lata później, znowu bez pieniędzy. Był teraz w stanie skręcić papierosa jedną ręką, podobnie jak to robili kowboje. Hanwellowi niespecjalnie to imponowało. Jakiś czas później Hanwell senior został kontrolerem biletów w autobusach. Potem wybuchła wojna, z której tak naprawdę nigdy nie wrócił, bo zakochał się w jakiejś kobiecie z klasy średniej, która była kierowcą ambulansu. Raz pojawił się w koszarach, w których stacjonował Hanwell, nosząc nowe imię – Bill – i pozując na Irlandczyka. Obserwowanie go było przedziwnym doświadczeniem. Słowa Hanwella seniora nie były żadną gwarancją, nie można się ich było uchwycić, nie miały związku z faktami. Mroczniejszy odcień tej samej skłonności nosi miano psychopatii. Wyjął kilka nieprzyzwoitych fotografii zrobionych na Bliskim Wschodzie i opowiedział kilka zabawnych i wiarygodnych anegdot, których akcja toczyła się w hrabstwie Kerry. Komuś obcemu wydawałoby się, że świetnie to współgra z jego miedzianymi włosami i blisko osadzonymi oczami. Hanwell żałował, że nie jest kimś bardziej obcym. Mógł się tylko krzywić w duchu na widok tej drugiej, fałszywej osobowości, jednocześnie odstawiając szopkę i śmiejąc się z kolegami, podczas gdy Bill zaskarbiał sobie przyjaźń wszystkich młodych żołnierzy, z którymi Hanwell sam nie zdążył się jeszcze zaprzyjaźnić. Świetny gość ten twój stary! Pełen życia, można się z nim pośmiać! – można by powiedzieć z aprobatą, prawdopodobnie szczerze (Hanwell starał się przychylnie interpretować fakty), gdyby nie było się jego synem. Gdyby nie było się jego synem. Bill odszedł dwie godziny później wesoły jak święta. Hanwell nie spotkał go przez następne dwanaście lat.

Był sierpień 1956 roku. Hanwell dowiedział się, że jego ojcu nieźle się powodzi i że prowadzi interes w jakiejś mało znanej wiosce w hrabstwie Kent. Bez większych oczekiwań – a przynajmniej bez takich, do których przyznałby się samemu sobie – Hanwell wsiadł na rower. Tym razem to on miał się pojawić. W tamtych czasach pokonanie odległości między Londynem a hrabstwem Kent było dla niego pestką. Był stosunkowo młody, choć tak o sobie nie myślał, niedawno założył rodzinę. Nie wiedział jeszcze wówczas, że czeka na niego druga rodzina, wtedy nie było jej jeszcze na horyzoncie, była schowana w przyszłości.

Skwarny sierpniowy dzień. Hanwell skonstruował bidon na wodę ze starej plastikowej butelki na naftę i przywiązał go do ramy roweru – był to wynalazek, który nieco wyprzedził swoje czasy. Pędził co sił po nowo wybudowanym odcinku autostrady A20, gdzie tylko to możliwe, zjeżdżając z niej i jadąc bocznymi drogami przez wioski, gdyż miał wrażenie, że powietrze jest tam czystsze. Mam nadzieję, że mogę napisać „żywopłot” i będzie jasne, że nie usiłuję być poetycka, a jedynie staram się z dokładnością opisać fakt historyczny. Dwa razy jego koszula zahaczyła o gęsty i ciernisty żywopłot i postrzępiła się na łokciu. Był zdeterminowany – podobnie jak ja, kiedy wreszcie piszę – żeby nie zatrzymać się przed dojechaniem do konkretnego punktu; miał zamiar zjeść coś dopiero u celu podróży, nie wcześniej. Jeszcze jedna mila, jeszcze jeden rozdział, jeszcze jedna mila, jeszcze jeden rozdział. Wioska położona była w niewielkiej dolinie; Hanwell pędził w uniesieniu przez zakręty i wtoczył się między domy, zatrzymując się na błoniach, które w zasadzie można było uznać za całą wioskę. W pobliżu stały dwa przybytki: pub z czerwonej cegły, z ładnymi kępkami lawendy wyrastającymi z doniczek na oknach, oraz – po drugiej stronie błoń – krzykliwie pomalowana przyczepa, z której sprzedawano rybę i frytki. Hanwell nie miał złudzeń. Zsiadł z roweru i pewnie poprowadził go po obrzeżach błoń, lekko przytrzymując lewą ręką za siodełko. Była czwarta po południu, a przyczepa była zamknięta. Oparł rower o intensywnie czerwone napisy ze złotą obwódką: „Najlepsza ryba i frytki u Hanwella”. Usiadł na trawie pod drzewem, skąd miał widok na boisko do gry w krykieta i bagniste tereny otaczające stawy.

(...)

W powieści „Miasteczko Middlemarch” odnajdujemy stare porzekadło głoszące, że miłość do bliźniego rośnie w człowieku proporcjonalnie do odległości, w jakiej ten znajdzie się od drzwi własnego domu. Przypomina mi to o wszystkich pełnych oddania wnukach i prawnukach, ślęczących nad łożami śmierci z cyfrowym dyktafonem w ręce albo maniakalnie tropiących swoich przodków o trzeciej nad ranem za pośrednictwem internetowych stron poświęconych genealogii. Z wielką chęcią zabierają się za odtwarzanie życia i myśli tych, którzy umarli albo wkrótce umrą, choć może regularnie odrzucają połączenia od swoich matek. Należę do tego pokolenia. Zrobię dla swojej rodziny wszystko, poza spotkaniem się z nią.

Jak już wspomniałam, był rok 1956. Nie istniało nic oprócz słońca, Hanwella i słońca. Gdy leżał w wysokiej trawie, Hanwell wyobraził sobie taką oto konwersację:

Hanwell Senior (leży obok Hanwella): A więc mnie odnalazłeś.

Hanwell: Tak, Alf. Miało być inaczej?

Hanwell Senior: Posłuchaj. Zapal sobie – nie zapędzaj się za daleko.

Hanwell (bierze z paczki papierosa marki Senior Service): Dziękuję.

Hanwell Senior: A więc, chłopcze. Jak się masz? Jak widzisz, nieźle mi się powodzi.

Hanwell: Tak, mimo wszystko. To przywodzi mi na myśl wielką powieść George Eliot…

Hanwell Senior: Nie gadaj bzdur, chłopcze. Zawsze to robisz – udajesz, że jesteś kimś, kim nie jesteś i nigdy nie byłeś. Nie przeczytałeś żadnej z tych książek. Ktoś mógłby pomyśleć, że studiowałeś na uniwersytecie, kiedy tak mówisz, jakbyś był nie wiadomo kim.

Hanwell (smutno): Nie stać nas było na mundurek do szkoły średniej. Zdałem egzamin, ale nie było nas stać.

Hanwell Senior (śmieje się do łez): Wciąż ta stara śpiewka? O matko. Trochę już zwietrzała ta historia, nie? Wolę nazywać rzeczy po imieniu, niż mówić, że wszystko pachnie różami. Zresztą niech będzie, jak już tam chcesz.

Hanwell (śpiewa): Starą piosenkę poniósł wiatr… przywołałem jego imię… podarowałem piosenkę mojej dziewczynie…

Hanwell Senior: Ale się miękki zrobiłeś.

– Czyj to rower?

Hanwell podniósł się i został powitany – bez szczególnego zaskoczenia, choć z nutką zmieszania – po czym zaproponowano mu frytki, które pierwsze wyszły z frytkownicy.

– Mam tu gdzieś rozkładany stolik…

Hanwell przyglądał się, jak Hanwell senior stacza pojedynek z domowymi starociami i podniszczonymi meblami ułożonymi z tyłu przyczepy. Wysoka lampa z abażurem zakończonym frędzlami krzyżowała się na podłodze z wieszakiem na płaszcze: herb rodu Hanwellów. Bunty, ta kobieta, która prowadziła ambulans, mogłaby utrzymywać jego dobytek w porządku, jednak zmarła rok wcześniej – to za jej pieniądze założył ten niewielki interes. Może wcześniej gotowała mu warzywa i pilnowała, żeby nie pił, i dopiero niedawno jego twarz tak koszmarnie opuchła, popękały mu naczynka, rozlewając się czerwonymi plamami pod skórą nosa i policzków, a jego pomarańczowe wąsy zaczęły rosnąć w sposób nie do opanowania i przyprószyły się siwizną. Dla Hanwella był to wstrząs. Historycznie rzecz ujmując, Hanwell senior przewyższał Hanwella tężyzną fizyczną. „Usiądź mi na plecach, no, siadaj! Nie złamiesz mnie!” – mówił zazwyczaj jakiejś kobiecie, a kiedy ta usadowiła się na nim niczym Budda, robił jedną, dwie, a nawet pięć pompek. Odwrócił się, przyciskając blat stolika do swojego ogromnego brzucha, i ta sflaczała część jego ciała ukazywała – w stopniu większym niż pozostałe – że był mężczyzną opuszczonym przez kobiety.

– Proszę bardzo – powiedział, przyciskając potężny tyłek do blatu stołu, którego żeliwne nogi wbijały się głęboko w trawnik. – Nie jestem zwolennikiem jedzenia na stojąco.

Źródło: Dziennik Polska Europa Świat

piątek, 05 grudnia 2008

Wczoraj miała miejsce światowa premiera najnowszej książki J.K. Rowling „Baśnie barda Breedle'a”. W polskich księgarniach książka pojawi się już jutro.

                   

Tłumacz Andrzej Polkowski przypomina, że baśnie od zawsze służyły wychowywaniu, są podstawowym elementarzem moralności. Przestrzegają przed posiadaniem władzy, którą w świecie Harry’ego Pottera jest magia.

Po raz pierwszy wzmianki o bajkach barda Beedle’a pojawiły się w 7. tomie przygód Harry’ego Pottera. Jednakże tam tytuły kolejnych opowieści różnią się od tych, jakie otrzymujemy w tym tomie. Jak tłumaczył tłumacz serii potterowskiej oraz Baśni barda Breedle'a Andrzej Polkowski, pracując nad tłumaczeniem książki o Harrym nie miał możliwości przeczytać baśni. Po ich lekturze musiał zmienić brzmienie tytułów.

Baśnie to zbiór pięciu legend należących do magicznego kanonu literackiego. Są one opatrzone komentarzami profesora Dumbledore’a, które nie tylko objaśniają baśnie z czarodziejskiego punktu widzenia, ale i wnoszą dodatkową wiedzę na temat historycznych szczegółów nieznanych dotychczas czytelnikom.

Jak zaznacza Bronisław Kledzik z Wydawnictwa Media Rodzina Baśnie barda Breedle'a to książka charytatywna, a dochód z jej sprzedaży zostanie przekazany The Children’s High Level Group, organizacji charytatywnej założonej przez J.K. Rowling i deputowaną Parlamentu Europejskiego Emmę Nicholson. Celem organizacji jest poprawa jakości życia dzieci, które dorastają w uwłaczających warunkach, umieszczone w zakładach opieki na terenie całej Europy.

Wydawnictwo Media Rodzina przekazało 300 egzemplarzy książki Towarzystwu Nasz Dom, którego jednym z celów jest przywracanie dzieciom utraconego środowiska rodzinnego.

Źródło: www.ksiazki.wp.pl

sobota, 29 listopada 2008
Wielbicieli jednej z najsłynniejszych powieści XX wieku czekają mocne przeżycia, a krytycy literatury zacierają ręce. Na nasz rynek księgarski trafiło nowe tłumaczenie "Procesu". Autor przekładu nie poprzestał na skorygowaniu błędów poprzedników - zamienił kolejność rozdziałów, uwzględniając ustalenia badaczy twórczości Franza Kafki.

Sprawcą całego zamieszania jest 47-letni Jakub Ekier - poeta, eseista, tłumacz i stały współpracownik czasopisma "Literatura na Świecie". Jego zdaniem polski przekład "Procesu", opublikowany w 1936 roku, nie jest ani doskonały, ani zbyt wierny oryginałowi. "Autorką tłumaczenia była Józefa Szelińska, choć przez lata przypisywano je Bruno Schulzowi. Schulz dokonał jednak tylko korekty gotowego już tłumaczenia, nie miał zbyt wielkiego wpływu na ostateczny jego kształt" - twierdzi Ekier.

Manuskrypt powieści powstał w latach 1914-15 i cudem uniknął zniszczenia. Umierający Kafka polecił go spalić razem z innymi niewydanymi rękopisami. Przyjaciel pisarza, Max Brod nie uszanował ostatniej woli pisarza. Wręcz przeciwnie, zaczął porządkować stos powyrywanych z zeszytów kartek, zapisanych dwustronnie i pogrupowanych w stosiki opatrzone prowizorycznymi tytułami. Kafka nie zostawił spisu treści, nie wiadomo, które części uważał za nieukończone.

Brod poukładał rozdziały wedle swojego rozumienia powieści, kończył akapity, ujednolicał nazwy. Książka ukazała się po raz pierwszy w 1925 roku, rok po śmierci Kafki. Na tej przygotowanej przez Broda wersji "Procesu" opierano wszystkie kolejne wydania i tłumaczenia, aż do początku lat 90., kiedy w Niemczech ukazało się krytyczne wydanie powieści oparte na rękopisach ze zmienioną kolejnością rozdziałów. Jakub Ekier w swym tłumaczeniu zastosował chronologię, przyjętą przez niemieckich badaczy.

"Proces" doczekał się różnych, często sprzecznych interpretacji. Był wielokrotnie adaptowany na potrzeby sceny - między innymi przez Agnieszkę Holland, Adama Hanuszewicza, Jerzego Jarockiego, a ostatnio przez Macieja Englerta w stołecznym Teatrze Współczesnym. Wersja kinowa powstała w 1963 roku. Wyreżyserował ją Orson Welles, a w postać Józefa K. wcielił się Anthony Perkins. 30 lat później scenariusz nowej ekranizacji napisał Harold Pinter, a główną rolę zagrał Kyle MacLachlan.

Źródło: Dziennik Polska Europa Świat
sobota, 30 sierpnia 2008

Już 4 września w sprzedaży ukaże się nowa powieść Wojciecha Kuczoka Senność.


Senność - nowa powieść Wojciecha Kuczoka to książka filmowa. Jej pierwszym szkicem był scenariusz pod tym samym tytułem, napisany na zamówienie reżyserki Magdaleny Piekorz. Film wejdzie do kin 17 października.

Adam jest młodym lekarzem naznaczonym piętnem tradycyjnego, prowincjonalnego wychowania. Rodzice lokują w nim wszystkie ambicje, jednak on, wie, że nigdy ich nie zadowoli. Dlaczego?

Robert to rozgoryczony autor jednej wybitnej książki. Pozostając pod dozorem żony i jej koszmarnej rodziny, od lat nie napisał ani słowa. Jego pracownia coraz bardziej staje się dla niego więzieniem.

Róża była niegdyś wspaniałą i sławną aktorką teatralną, ale odkąd została żoną despotycznego karierowicza – „Pana męża”, cierpi na narkolepsję i całe dnie spędza w domowej samotni.

Zbieg okoliczności sprawia, że drogi bohaterów Senności, udręczonych własna niemocą, przecinają się. Czy te spotkania zmienią coś w ich życiu? Czy uda im się przebudzić z długiego snu? Przejmująca i brawurowo napisana powieść.

Wojciech Kuczok (ur. 1972) – prozaik, krytyk filmowy, scenarzysta. Autor zbiorów opowiadań Opowieści słychane (1999; nominacja do nagrody NIKE 2000), Szkieleciarki (2002) i Widmokrąg (W.A.B. 2004). W 2003 roku nakładem wydawnictwa W.A.B. ukazała się powieść Gnój, uhonorowana m.in. nagrodą NIKE 2004 i Paszportem „Polityki” za rok 2003. Książki Kuczoka zostały przełożone na kilkanaście języków, m.in. na francuski, chorwacki, niderlandzki, niemiecki, rosyjski i węgierski. Na podstawie wybranych wątków powieści Wojciech Kuczok napisał scenariusz filmu fabularnego „Pręgi”, wyreżyserowanego przez Magdalenę Piekorz, nagrodzonego Złotymi Lwami na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. W 2005 roku nakładem W.A.B. ukazały się jego Opowieści przebrane, a w 2006 – zbiór esejów o filmie To piekielne kino, który wkrótce zostanie wydany w Niemczech . Wkrótce kolejny tom esejów o kinie.

Źródło: www.ksiazki.wp.pl

Tutaj możecie przeczytać relację ze spotkania autorskiego, na którym Wojciech Kuczok przeczytał fragment swojej książki (wówczas jeszcze nieukończonej...). W dzisiejszej Gazecie Wyborczej znajduje się owy fragment, który autor czytał na spotkaniu.

Zapraszam również do przeczytania wywiadu z Wojciechem Kuczokiem na temat książki "Senność" oraz pracy z Magdaleną Piekorz.

Dziękuję za uwagę :)
 
1 , 2 , 3
| < Lipiec 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:
01. Współpracuję z ...
02. Polskie strony o książkach
03. Wydawnictwa
04. Blogi książkowe
05. Blogi różne
06. Czytuje...
07. Nie tylko książki...
08. Muzycznie
09. Przeczytane w 2009
10. Przeczytane w 2008
11. Przeczytane w 2007
12. Przeczytane w 2006
Liczniki na stonę